Czerwony Wariant - Siergiej Niedorub - Recenzja

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 03.11.2018 12:02

Jako że nie miałem okazji przeczytać kontynuacji Pitera, Czerwony Wariant pióra Siergieja Niedoruba był moją pierwszą książką z podcyklu Uniwersum Metro 2035. W teorii ma on opowiadać o losach ocaleńców na dwa lata po wydarzeniach z głównej serii, ale szczerze mówiąc – przynajmniej w tym przypadku – nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Gdyby nie lekko przemodelowane logo nawet nie zorientowałbym się, że mam do czynienia z rzekomą nowością. Nie znaczy to bynajmniej, że Czerwony Wariant jest do niczego. Podkreślam tylko, że nie należy spodziewać się rewolucji, uzasadniającej marketingowy szum.

Jedną z największych zalet powieści jest fakt, że Niedorub nie uczynił głównym bohaterem kolejnego stalkera, co to walczy jak oddział komandosów, zabija wzrokiem i zjada mutki na śniadanie. Akcja krąży wokół zwykłego, szeregowego mieszkańca podziemnego świata. No dobra, może nie takiego do końca zwykłego, bo Jon pełni dość egzotyczną w kijowskim metrze rolę nauczyciela. Naturalnie nie wtłacza dzieciom do głów zbędnej z tutejszego punktu widzenia wiedzy książkowej, lecz stara się rozpalić w nich ciekawość, kreatywność i opowiedzieć nieco o realiach życia w przedwojennej rzeczywistości. To ostatnie nastręcza mu sporo trudności, bo raz, że część terminów straciła dla uczniów jakikolwiek sens (jak wyjaśnić komuś, kto nigdy nie widział światła słonecznego, czym jest drzewo?), a dwa, że Jon tak naprawdę nie ma odpowiedniego wykształcenia w tym kierunku i w dużej mierze kieruje się instynktem. Jego rutynę przerywa pilne wezwanie do stolicy. Nauczyciel ma natychmiast przybyć do Datapolis i użyć swych umiejętności komunikowania się z dziećmi do porozumienia się z niepełnosprawną umysłowo dziewczyną, stanowiącą klucz do zagadki dręczącej kijowian od czasu katastrofy. Wkrótce Jon i jego nowa podopieczna ruszają w niebezpieczną podróż przez niegościnne tunele.

Do niezaprzeczalnych zalet Czerwonego wariantu należy zaliczyć dbałość, z jaką autor stara się przekazać nam psychologię mieszkańców metra. Nie ogranicza się przy tym do wyświechtanego „ludzie są źli, a wojna niczego ich nie nauczyła”. Poznajemy chociażby szereg lokalnych tradycji i praw. Przykładowo ludność Datapolis zwykła tytułować członków kasty rządzącej imionami pochodzącymi od drzew. Spotkamy więc między innymi Baobaba czy Cyprysa. Pomysł zaczerpnięto z powszechnie dostępnej w metrze książki traktującej o przedwojennej florze. Publikacja dała też początek teorii spiskowej i napędziła lokalną gospodarkę. Kiedy okazało się, że ktoś skrupulatnie wydarł z każdego egzemplarza dwie konkretne strony, ludzie natychmiast zaczęli wyobrażać sobie niestworzone rzeczy, a cena nieosiągalnej kompletnej kopii poszybowała pod niebiosa. To z kolei wywołało napływ fałszerzy...  Dobra, wiecie już chyba, co chcę powiedzieć. Na poziomie konstrukcji świata wszystko jest logiczne, w miarę świeże i ukazane z nieco innej strony niż zwykle.

Niestety nie wszystko wypadło równie dobrze. Podróż Jona przez tunele metra nie porywa niczym szczególnym i opiera się na gatunkowych kalkach. Jak nie bunt, to terroryści, jak nie terroryści to bandyci... Dobrze chociaż, że zabrakło komuchów, nazioli i zmutowanych kundli. Irytują też pewne głupotki fabularne i dziwne zachowania części osób. Przykładowo grupa stalkerów, która pierwszy raz w życiu widzi Jona i nie ma żadnego interesu, w tym, by mu pomagać, radośnie obdarowuje go drogim sprzętem i pełni rolę dyżurnych aniołów stróży.  Zakończenie z pewnością wzbudzi za to wiele kontrowersji. Części z was spodoba się zapewne jego przewrotność, ale ja uważam, że zostało oparte na absurdalnych założeniach, przedstawiona sekwencja wydarzeń wymagałaby zbyt wielu wygodnych zbiegów okoliczności, a w dodatku całość sprzedano w formie przydługiego wykładu z ust osoby, która nie miała prawa przytoczyć całej historii w tak szczegółowej formie – przynajmniej w momencie, w którym to robi.

Czerwony Wariant wywołał we mnie dość mieszane uczucia. Z jednej strony główny wątek fabularny nie zachwyca niczym szczególnym, bywa mało logiczny i wiedzie do dziwacznej pointy, z drugiej drobne smaczki i nieźle zaprojektowany świat mogą się podobać. Fani będą zadowoleni, reszta powinna spodziewać się uczciwego średniaka.


The Longest Journey - kupuj bez DRM na GOG.com!