Wielki Mistrz - Trudi Canavan - Recenzja

Profil redaktora Cedrik


Opublikowano: 10.11.2008 23:59

W dawnej poezji kyraliańskiej księżyc określany jest mianem Oka. Kiedy Oko jest szeroko otwarte, jego czujna obecność zapobiega złu, albo też sprowadza szaleństwo na tych, którzy ośmielą się popełniać zbrodnie. Kiedy zaś jest zamknięte tak, że jego uśpioną obecność zwiastuje tylko wąski sierp, zarówno dobre, jak i mroczne czyny przechodzą niezauważone.

Gdy zacząłem czytać "Wielkiego Mistrza", miałem już za sobą poprzednie dwie księgi Trylogii Wielkiego Maga autorstwa Trudi Canavan i oczekiwałem świetnego, pełnego przygód zakończenia. Czy się doczekałem? O tym za chwilkę...

Minął rok od walki na arenie. Sonea ma pełne ręce roboty, a jej sytuacja jest niewesoła. Rozdzielona z Mistrzem Rothenem, z dala od przebywającego w dalekich krajach Dannyla i pod opieką Wielkiego Mistrza Gildii Magów, nowicjuszka czuje niepokój. Tym bardziej, że wie coś, co stawia jej nowego mistrza w dosyć złym świetle - przywódca Gildii skrywa tajemnicę jeszcze mroczniejszą, niż jego szaty. Tajemnicę, o której widzą tylko cztery osoby: Sonea, Rothen, Lorlen i sługa Wielkiego Mistrza - Takan. Przywódca Gildii jest Czarnym Magiem - praktykuje zakazaną, czarną magię. A Sonea jest jego zakładniczką. To sprawia, że dziewczyna za każdym razem, gdy musi wejść do mieszkania swojego mistrza, trzęsie się ze strachu. Nie podejrzewa nawet, że jej świat niedługo obróci się o sto osiemdziesiąt stopni.

Tymczasem w mieście też nie dzieje się dobrze. Nasilająca się fala morderstw zajmuje nie tylko Magów, ale i Złodziei. Zwłaszcza jednego. Cery - przyjaciel Sonei - wspiął się na szczyt hierarchii swego cechu. Jego też martwią dziwne morderstwa, zwłaszcza, że sam Wielki Mistrz polecił mu zająć się tą sprawą. Cery spotyka pewną ciekawą kobietę, która okazuje się znać sztukę magii. Młody Złodziej szybko dowiaduje się, że niektóre rzeczy wcale nie są takie, na jakie wyglądały...

Czytając "Wielkiego Mistrza", możemy odnieść wrażenie, ze coś tu nie jest takie, jak być powinno. Już od początku widzimy, że pomimo najlepszych chęci Trudi Canavan straciła swój wewnętrzny ogień. Początek książki nie należy do najciekawszych. Akcja płynie powoli, a fabuła wydaje się nieco nudnawa. Ci, którzy mieli przyjemność czytać wcześniejsze dwie części, mogą się nieco zawieść. W porównaniu z oszałamiającym, wgniatającym w fotel napięciem i akcją ostatnich dwóch tomów, trzecia cześć jest niestety dosyć ospała... Przynajmniej na początku. Coś się zaczyna dziać dopiero około strony 120, kiedy świat, który znaliśmy, staje na głowie. Czytelnika, który przebrnie przez początek, czeka nielicha nagroda, bo wygląda na to, że autorka w pewnym momencie przypomniała sobie o dodatkowych, jeszcze dziewiczych pokładach energii.

I dobrze, bo gdy my ze zdumieniem przewracamy strony, dowiadując się ciągle nowych faktów okazuje się, że powoli, lecz konsekwentnie książka pokazuje nam, że wcześniejsze spisywanie jej na straty było niesłuszne.

Już po dwudziestu stronach nie chcemy robić nic innego, tylko czytać. Po dalszych dziesięciu nie tylko chcemy, ale wiemy, że musimy przeczytać, a za następne trzydzieści stron przestajemy myśleć o czymkolwiek innym z zapartym tchem śledząc akcje. I znów możemy odnaleźć tak charakterystyczna dla Canavan umiejętność, jak idealne stopniowanie napięcia.

Gdy dowiemy się prawdy, gdy razem z Soneą zobaczymy zagrożenie, gdy ujrzymy, jak po raz pierwszy zabija ona człowieka, zorientujemy się, że po raz kolejny Trudi nas nie zawiodła. Tym bardziej, że w ostatniej części dzieją się naprawdę ciekawe rzeczy. Bo okazuje się, ze nie taki diabeł straszny, jak go malują, zwłaszcza, gdy za nim stoi prawdziwy potwór, który w dodatku występuję w liczbie mnogiej...

Jednak to, co dobre, nie trwa wiecznie. Doszedłem do zakończenia i tutaj niestety czekał mnie zawód. Wszystko postępuje po sobie za łatwo i za schematycznie. Kulminacyjny moment to zaledwie mała chwilka, po której czytelnik dopiero w następnym zdaniu orientuje się, że to już się stało. Za szybko, za mało spektakularnie i... w gruncie rzeczy - mało ciekawie. Niestety, niektórzy czytający, mogą poczuć mały niedosyt i to wcale nie ten "dobry", który oznacza, że chce się jeszcze. Musze przyznać, że odłożyłem książkę na półkę z myślą "szkoda", bo został zmarnowany nie tylko olbrzymi potencjał, ale i nieprzeciętny talent autorki. Nie, nie oznacza to wcale, że książka jest zła. Ona jest po prostu gorsza od swoich poprzedniczek, a o ile samo zakończenie mogłem jeszcze przeżyć, to epilog sprawia, że zostałem smutnie zaskoczony. Zdecydowanie nie tego się spodziewałem.

Widać, że na końcu autorkę dopadło przekleństwo pisarzy - rutyna. Mam wrażenie, że Canavan pisała zakończenie trylogii na siłę lub pod jakąś presją. Brak tego ognia, brak tak oczekiwanego, wciskającego w fotel zakończenia. Szkoda, aczkolwiek pomimo tego książka nadal jest dobra. Gdybym nie miał porównania z poprzednimi tomami, mógłbym zdecydowanie powiedzieć, że jest to lektura zdecydowanie wybiegająca w przód, poza oczekiwane ramy debiutanckiej powieści. I tak jest, ale niestety muszę porównywać. I czuję niedosyt. Reasumując - "Wielki Mistrz" okazał się książką raczej średniawą, nie dorównującą swoim poprzedniczkom, lecz warto ją przeczytać z uwagi na poprzednie dwie części i bardzo udany debiut utalentowanej autorki, która - miejmy nadzieję- w przyszłości obdaruje swych czytelników jeszcze lepszymi dziełami. Trzymajmy za nią kciuki czytając tą powieść.