Krew Świętego - Sebastien de Castell - Recenzja

Profil redaktora Murky


Opublikowano: 09.04.2019 20:36

Twórczość Sebastiana de Castella to dla mnie jedno z największych literackich odkryć ostatnich lat. Zasiadając do pierwszej części, czyli Ostrza Zdrajcy, spodziewałem się dość zachowawczej i nieco wtórnej lektury: typowej fantastyki w przeraźliwie oklepanym świecie. Ku mojemu bezbrzeżnemu zaskoczeniu otrzymałem jednak porywającą i niewymuszenie zabawną powieść, która może stanowić wzór relaksującej książki przygodowej. Cień rycerza wypadł niemal równie dobrze, a najnowsza część, Krew Świętego, ponownie przypomniała mi, za co uwielbiam dzieła Kanadyjczyka.

Pierwsze kilkanaście stron to kwintesencja stylu pisarza. Przerzucając kolejne kartki, nie mogłem pozbyć się z twarzy szerokiego uśmiechu. Cięty, ironiczny humor wprost wylewa się na czytelnika i nie pozwala przestać chichotać. Przez lata czytałem już milion opisów przygotowań do pojedynków, ale takiego jeszcze nigdy. No dobrze, ale aby tradycji stało się zadość, wspomnijmy nieco o fabule. Przywracając należną pozycję córce ukochanego króla (no, prawie…) i tymczasowo pozwalając wypowiadać się w jej imieniu zaprzyjaźnionej Obrończyni Królestwa, Falcio i jego przyjaciele wypełnili główną część swego zadania. Nie znaczy to jednak, że ich życie stało się nudne – wręcz przeciwnie. Wielkie Płaszcze być może odzyskały część dawnych wpływów, ale nie znaczy to, że pozornie ugłaskana szlachta zaczęła nagle darzyć ich bezwarunkową miłością. Niejeden wielmoża z pewnością odetchnąłby z ulgą, gdyby obrońcy królewskich praw na dobre zniknęli z tego padołu łez. Część z nich nie ogranicza się zresztą do pobożnych życzeń i stale kombinuje, jakby tu dopomóc losowi. Naturalnie tak „błahe” problemy nie spędzałyby bohaterom snu z powiek, ale sprawy szybko wymykają się spod kontroli. Okazuje się, że wypadki chodzą nie tylko po ludziach, ale także i Świętych (technicznie rzecz biorąc to też ludzie, ale nie bądźmy drobiazgowi). Jedni giną w tajemniczych okolicznościach, inni tracą kontrolę nad swoimi poczynaniami i robią rzeczy, które są całkowicie sprzeczne z ich naturą. Co więcej wiele wskazuje na to, że za wszystkie nieszczęścia odpowiada ta sama osoba. Że niby Falcio? Nie, choć rzecz jasna wielu z chęcią przypisałaby ohydnemu trattari choćby i kiepską pogodę. On ma to wszystko po prostu posprzątać. Z pieśnią na ustach i radością w sercu.

Z tymi pląsami i beztroskim rechotem może być jednak pewien problem, bo de Castell uznał, że przebyte w przeszłości przygody nie mogły pozostać bez wpływu na zdrowie bohaterów. Zatrucie magicznym świństwem i obfita doza na wpół legendarnych tortur, że o licznych ranach od miecza nawet nie wspomnę, mają raczej niewiele wspólnego z masażem relaksacyjnym, więc nasi dzielni herosi zaczynają się nieco rozpadać. Na ciele i umyśle. Jedni stali się wyraźnie wolniejsi i utracili większość umiejętności bitewnych, inni zmagają się z postępującą depresją, a jeszcze inni z napadowymi przejawami głupkowatego humoru. No dobra, ci ostatni to rzecz jasna Brasti. Genialny łucznik wciąż zachowuje się jak duże dziecko i w pocieszny sposób robi wokół siebie nieustanny szum.

Nie przepadam za pisaniem o kolejnych odsłonach znanych serii, bo ciężko wycisnąć z siebie coś odkrywczego. Na tym świecie pewne rzeczy są po prostu niezmienne: Christie Golden pisze mało ambitne, ale przyjemne powieści dla fanów Warcrafta, Andrzej Sapkowski nic nie pisze, bo kłóci się o pieniądze z CD Projekt Red, a Sebastian de Castell? Cóż, on po prostu rządzi.