World of Warcraft. Ostatni Strażnik - Jeff Grubb - Recenzja

Przyznam, że od dawna zastanawiałem się, jak Insignis, które w ostatnich latach zaopiekowało się Warcraftowymi powieściami na terenie naszego kraju, wybrnie z tego, że wiele z nich w przeszłości trafiło w ręce Polaków za sprawą innych wydawnictw. Zakładałem, że zostaną zwyczajnie zignorowane i oprócz nowości dostaniemy wyłącznie te, które nie zostały wcześniej zagospodarowane. Okazało się, że to zupełnie nie tak i nic nie stoi na przeszkodzie, by zafundować nam reedycje. Przynajmniej w kontekście wypuszczonego 15 lat temu przez wyd. ISA Ostatniego Strażnika. Cena napisanej przez Jeffa Grubba powieści na portalach aukcyjnych zaczynała sięgać absolutnie chorych poziomów, więc spóźnialscy z pewnością ucieszą się, że mogą wreszcie nadrobić zaległości, nie rujnując przy okazji swoich portfeli.

Dla fanów Thralla i spółki to o tyle ważne, że Ostatni Strażnik przybliża bardzo istotny wycinek historii uniwersum. Akcja książki toczy się mniej więcej w okresie pomiędzy Narodzinami Hordy a Falami Ciemności. Mroczny Portal został otwarty, a armia orków zalała królestwa ludzi. Wiadomo, że od strony Draenoru za stworzenie przeklętej bramy odpowiadał Gul'dan, ale nie jest tajemnicą, że ktoś musiał pomagać mu w samym Azeroth. Kto, dlaczego i w jakich okolicznościach? Oprócz odpowiedzi na powyższe pytania, czytając dzieło Grubba, poznacie też Khadgara, kiedy był jeszcze nieopierzonym uczniakiem i dowiecie się, jak stracił młodość. Przejdziecie się po zadziwiających salach tajemniczego Karazhanu, odkryjecie przeszłość słynnego Medivha i przekonacie się, co łączyło go z Garoną i Lotharem.

Osoby, które miały styczność z powieściami opartymi na Warcraftowym filmie (bądź zwyczajnie oglądały ten ostatni) zauważyły zapewne, że niektóre wątki brzmią dość znajomo. Nie bez przyczyny, bowiem częściowo mowa o tych samych wydarzeniach. Warto jednak wiedzieć, że Ostatni Strażnik przedstawia ich „prawdziwą”, kanoniczną wersję i prostuje poczynione na potrzeby kina uproszczenia i przekłamania. Nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły, by nie psuć nikomu zabawy, ale zupełnie inaczej nakreślono choćby postać wspomnianej wcześniej Garony.

Zdaję sobie sprawę, że pod tym względem jestem jak zdarta płyta i naprawdę sam mam już dość poruszania tej materii, ale najwyższy czas ponownie zabrać się za kwestię tłumaczenia. W tym wypadku sprawa jest o tyle ciekawa, że możemy przekonać się, jak z tematem zmierzono się półtorej dekady temu i dziś. Ze względu na to, że za przekład odpowiadają dwie zupełnie inne osoby, nie obyło się bez pewnych zmian, co jest zresztą zrozumiałe. Pozwolę sobie zacytować pierwsze zdania z obu wydań:

  • ISA: „Większy z dwóch księżyców wzeszedł jako pierwszy tego wieczora i teraz wisiał, wielki, srebrzystobiały na tle upstrzonego gwiazdami nieboskłonu. Pod nim wznosiły się do nieba ostre szczyty Gór Czerwonego Grzbietu.” 
  • Insignis: „Tego wieczora większy z dwóch księżyców wzeszedł pierwszy i zawisł brzemienny i srebrnobiały na usianym gwiazdami niebie. Pod jasnym księżycem Góry Rudych Grani wyciągały szczyty do nieba”.

Kwestię samego doboru słów pozostawiam waszym preferencjom i zamiast tego chciałbym zwrócić uwagę na nazwę własną. W tym konkretnym wypadku nie jest to może jeszcze tak bardzo ważne, bo Insignis w naturalny sposób postanowiło trzymać się własnej wersji Redridge Mountains, ale nie pojmuję, dlaczego u licha dawniej można było pozostawić w spokoju imiona bohaterów, a teraz się z nimi eksperymentuje? Być może wynika to ze zmiany polityki w samym Blizzardzie, bo podobne kwiatki funduje się nam też w grach (patrz: Heroes of the Storm), ale konia z rzędem mniej obeznanemu fanowi, który domyśli się, że łypiący z kart nowego wydania Mories to nikt inny jak Moroes, a tutejszą Egwinę określa się zwykle mianem Aegwynn. Czy ktoś może mi racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego się na to zdecydowano? Czemu ktoś ciągle próbuje nas uszczęśliwiać na siłę? Nie jest przecież tak, że tylko ja uczepiłem się tego tematu i narzekam z uporem godnym lepszej sprawy. Nic to, uparty jestem: marudziłem, marudzę i będę marudził, bo choć szczerze wątpię, czy coś to zmieni, nie zamierzam dawać podobnym praktykom milczącej zgody. Z czyjejkolwiek inicjatywy by one nie wynikały.

No dobrze, ale żeby nie zostawiać was z poczuciem, że Ostatni Strażnik to porażka, chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że mimo niezrozumiałych decyzji podjętych przy tłumaczeniu, powieść Jeffa Grubba czyta się naprawdę przyjemnie i jeśli cenicie sobie Azeroth i okolice, zdecydowanie powinniście się z nią zapoznać. Dzięki niej będziecie mieli o wiele pełniejszy obraz Medivha i zrozumiecie, dlaczego w ogóle podjął się misji, którą można potem śledzić  w ramach Warcrafta III. Nie ukrywam jednak, że bez znajomości kilku innych lektur, które być może jeszcze kiedyś wpadną w nasze ręce, końcówka może wydać się nieco enigmatyczna. Tak czy inaczej warto.


Profil redaktora Murky


Opublikowano: 13.07.2019 20:13