Na krawędzi - Ilona Andrews - Recenzja

Profil redaktora Murky


Opublikowano: 23.01.2012 19:59

Kreowanie mody na jakąkolwiek z dziedzin kultury niesie za sobą dwojakie konsekwencje: cieszy fakt, że więcej osób może zaznajomić się z tym, co sprawia nam radość, ale na ogół  powoduje też drastyczny spadek jakości. Ten przykry trend doskonale znamy z rynku gier komputerowych, filmów, a także książek, czego przykładem jest opisywana poniżej pozycja.

Świat przedstawiony w Na krawędzi składa się z trzech nakładających się na siebie wymiarów. Pierwszym z nich jest Niepełnia – zwyczajna XXI-wieczna rzeczywistość. Znacznie ciekawiej prezentuje się Dziwoziemia, którą zamieszkują władający potężną magią błękitnokrwiści. Pomiędzy nimi, dosłownie i w przenośni, znajduje się będąca naturalnym buforem Rubież. Osoba, która narodziła się w jednym ze skrajnych wymiarów, nie może zazwyczaj przekroczyć jego granicy. Ograniczenie to nie dotyczy jednak mieszkańców ostatniego z wymienionych.

W owym dziwnym, przepełnionym siecią subtelnych zależności świecie przyszło żyć Rose Drayton – głównej bohaterce powieści. Los osieroconej młodej kobiety, mającej pod opieką dwóch młodszych braci, sam w sobie nie jest łatwy, a w jej przypadku sprawę dodatkowo komplikuje genetyczna spuścizna. Rose odziedziczyła bowiem po swoich przodkach kontrolę nad potężnym magicznym wyładowaniem nazywanym Białym Rozbłyskiem. Posiadanie tej umiejętności łączy się z potęgą oraz potencjalną władzą i zazwyczaj nie wychodzi poza najpotężniejsze domy Dziwoziemi. Samotna, pozbawiona protekcji możnych Drayton, staje się więc łakomym kąskiem dla szlachciców, którzy nie mają szans na korzystne mariaże z członkami najpotężniejszych rodów. Do tej pory nieustannie nagabywana dziewczyna skutecznie broniła się przed zakusami niechcianych adoratorów. Niestety, na jej drodze stanął niejaki Declan, który okazał się być niezwykle wytrwały w swoich dążeniach. Na domiar złego, na terenie Rubieży dochodzi do coraz liczniejszych porwań ludzi i zwierząt, a kilka osób wspomina o widywanych w Borze magicznych bestiach określanych jako Ogary…  

Historia przedstawiona w Na krawędzi nie porywa. Autorka (a właściwie autorzy, gdyż Ilona Andrews jest artystycznym pseudonimem małżeństwa pisarzy) proponuje nam do bólu sztampową opowieść o młodej dziewczynie i jej sercowych perypetiach. Jej wybranek, Declan, to archetyp będącego marzeniem przeciętnej nastolatki samca alfa - inteligencja dr. House’a, postura Marcusa Fenixa i bogactwo Billa Gate’sa. Do tego należy dodać fakt, że jest świetnym wojownikiem, wytrawnym uwodzicielem oraz skrywa mroczną tajemnicę z przeszłości.
Naturalnie chwilę potem na kartach powieści ukazuje się kontrkandydat o rękę pięknej, inteligentnej i niezależnej Rose – William - aż dziw bierze, że nie jest on wilkołakiem (co wcale nie oznacza, że nie ma nic wspólnego z lasem)…
Trzeba jednak oddać autorom tę sprawiedliwość, że opisując sceny romantyczne przez większość czasu unikają zbędnej słodyczy i łzawości – chroniący przed przesłodzeniem organizmu słoik ogórków kwaszonych, można więc spokojnie pozostawić w lodówce.    
Niewiele lepiej prezentuje się wątek przygodowy. Główny oponent jest tak jednoznacznie zły, ze aż śmieszny. Płaskości jego charakteru dorównuje chyba tylko kompletny brak logicznej motywacji. Przewijający się w tle potencjalnie śmiercionośny artefakt dopełnia obrazu absolutnej odtwórczości.

Nie oznacza to jednak, że wszystko w Na krawędzi jest złe. Wizja świata, mimo, że nie specjalnie nowatorska, jest dobrze przemyślana, a wszelkie zależności wydają się być logiczne i przekonujące. Nie najgorzej prezentują się także postaci braci Rose – zmiennokształtnego Jacka i nekromanty Georgiego – szczególnie warto zwrócić uwagę na tego ostatniego, gdyż nie często trafia nam się czarodziej parający się tą konkretną dziedziną magii, który nie jest głównym oponentem bohaterów.

W ostatecznym rozrachunku Na krawędzi wypada niestety słabo. Na każdej stronie daje się odczuć, że powieść kierowano w stronę młodszych odbiorców (nie zmienia tego nawet dość dosadny momentami język), którzy ciągle odczuwają niedobór Zmierzchu we krwi. Dojrzały, zaznajomiony z literaturą fantastyczną czytelnik nie ma tu raczej czego szukać.