Koszmar na miarę - Robert Cichowlas - Recenzja #2

Stary Browar w Poznaniu w prasie branżowej uznawany jest za jedno z najlepszych centrów handlowych w całej Polsce, nie dziwi więc, że dużą wagę przykłada się tam do jakości obsługi. Bartosz Lipski to sprzedawca w jednym z topowych salonów z męską odzieżą. Zgodnie z zasadą „klient nasz pan”, każda reklamacja towaru musi być dokładnie rozpatrzona. Nawet ta najbardziej niecodzienna, dotycząca krwawiącego garnituru…

W ten sposób rozpoczyna się historia słowiańskich demonów, zapomnianych pogańskich rytuałów i trudnych życiowych wyborów, przed którymi zostanie postawiona część postaci. Wydarzenia, jakie miały miejsce w Starym Browarze, czytelnik obserwuje oczyma wspomnianego Bartosza Lipskiego -  normalnego młodego człowieka, który w pocie czoła musi pracować w „Roy&Coles”, aby zarobić na utrzymanie i opłacenie studiów. Jeździ starą, wysłużoną Jettką i jak każdy boryka się z problemami finansowymi. Gdyby nie to, już dawno za namową rodziców rzuciłby tę robotę i powiedział swojemu przełożonemu, co o nim myśli. I nie byłyby to miłe słowa.

Jego przełożony – Warski - od momentu awansu nie należy do najprzyjemniejszych osób. Zmienił się diametralnie i z kolegi przeistoczył się w żądnego krwi kapitalistę. Zarówno dosłownie jak i w przenośni. W powieści pełni funkcję głównego antagonisty, jednak w mojej ocenie nie jest to postać jednoznaczna. Sytuacja życiowa postawiła go przed trudnym dylematem moralnym, z którego nie ma dobrego wyjścia. Zdesperowany Warski zostaje postawiony pod ścianą. Autorzy, poprzez takie wykreowanie tej postaci, stawiają pytanie o to, co jesteśmy w stanie poświęcić i jakie kroki podjąć w przypadku wizji utraty ukochanej osoby.

Powieść zawiera wszystkie charakterystyczne dla gatunku elementy. Mamy grupę młodych ludzi oraz
pojawiającą się tu i ówdzie starą wieszczkę, ostrzegającą przed rysującą się w ciemnych barwach przyszłością. Nie mogło również zabraknąć kogoś, kto będzie spełniał rolę mentora dla zagubionych w nowej rzeczywistości pracowników salonu. W tym przypadku będzie to profesor demonologii, dzięki pomocy którego uda się rozwiązać zagadkę krwawiących garniturów. Autorzy wiedzą, czego część czytelników oczekuje i wychodzi im naprzeciw.

Dobrze odwzorowano relacje międzyludzkie panujące w „Roy&Coles”. Pogoń za pieniądzem, wieczny stres i nadpobudliwy przełożony – z tymi problemami musi borykać się większość naszego społeczeństwa. Mimo to, ciągle pracujemy w tym samym miejscu. Brakuje nam odwagi, aby przerwać gehennę i powiedzieć „dość”. Boimy się utraty pracy, nawet za cenę braku poszanowania naszej godności i autorzy bardzo trafnie to dostrzegli.

Atutem powieści jest niecodzienna scenografia. Nie przypominam sobie, aby ktokolwiek, ani kiedykolwiek osadził akcję w salonie z garniturami. Nowatorski pomysł spółki Kyrcz & Cichowlas powoduje, że po lekturze, być może niektórzy szerokim łukiem będą omijać galerie handlowe. Nie wiadomo, co może tam człowieka spotkać i jakie monstra czają się za budką z hot-dogami.
 
Koszmar na miarę reklamuje zamieszczony na końcu książki slogan: „Drapieżne jaszczury, zapomniane słowiańskie rytuały, seks i hektolitry krwi.” Wszystkie wymienione elementy oczywiście się pojawiają, jednak część z nich została potraktowana po macoszemu i generalnie nie wnosi nic interesującego do lektury. Największe uwagi i zastrzeżenia można mieć do dwóch z nich: słowiańskich rytuałów i seksu. W pierwszym przypadku opisy wypadają bardzo słabo i mało realistycznie. Według koncepcji Kyrcza&Cichowlasa przyzwanie zapomnianego demona to praktycznie nic trudnego. Każdy z nas mógłby to zrobić, wystarczy wypowiedzieć kilka słów – w obecnie używanym języku! Takie rozwiązanie niespecjalnie przekonuje. Zabrakło głębszego „wgryzienia” się w temat.
   
Scena seksu należy do bardzo odważnych, lekko ocierając się nawet o perwersyjną pornografię. Trudno jednak zrozumieć jaki cel przyświecał autorom umieszczającym ją w powieści. Fabularnie trudno ją uzasadnić. Sprawia wrażenie, że została dopisana jedynie po to, aby można było się nią pochwalić na odwrocie książki. Skoro Koszmar… to horror, to nie może w nim zabraknąć ostrego seksu i chyba z tego założenia wyszli obaj pisarze. Można to było jednak wpleść znacznie lepiej i z pożytkiem dla fabuły.
   
Fani makabry podczas lektury, nie powinni czuć się zawiedzeni. Autorzy wzorując się na Grahamie Mastertonie wielokrotnie na kartach książki prezentują opisy rozczłonkowanych zwłok oraz hektolitrów krwi mieszających się z innymi płynami ustrojowymi. Zadanie domowe w tym zakresie zostało odrobione. Zwolennicy brytyjskiego pisarza będą zachwyceni.
   
Koszmar… wpisuje się w konwencję filmowego horroru klasy B. Nie aspiruje do miana trudnego w odbiorze literackiego arcydzieła.  Prosty język i użycie klasycznych elementów gatunkowych powodują, że adresaci będą czuli się usatysfakcjonowani.


Profil redaktora Ludmo


Opublikowano: 15.07.2013 17:02