Smokobójca - Tomasz Pacyński - Fragment #1

Przez gęsty młodnik przedzierał się ostrożnie, uchylając się przed spadającą za odrzucony na plecy kaptur niestopniałą jeszcze okiścią. Raz po raz przeklinał pod nosem kłujące gałęzie, które uderzały go w twarz. Odgłosy walki, dochodzące z coraz mniejszej odległości, ucichły. Po ostatnim głuchym „puff ”, oznaczającym niechybnie erupcję ognia ze smoczej gardzieli, po ostatnim bolesnym ryku zakończonym głuchym łomotem, od którego zadrżała ziemia, wszystko zamilkło. Słychać było tylko z dala skrzeczenie przerażonej sójki.
Na skraju młodnika rycerz pochylił się, ostrożnie odgarnął zasłaniające widok gałęzie. Spojrzał na podmokłą, pokrytą stratowanym śniegiem i błotem polanę. Znów uśmiechnął się pod wąsem. Wszystko odbyło się tak jak zawsze. Tak, jak powinno się odbyć. Nad olbrzymim, zawalającym zda się pół polanki nieruchomym cielskiem stał, oddychając chrapliwie, pleczysty osiłek w skórzanym kubraku bez rękawów. W chłodnym powietrzu parował cały z wysiłku jak koń po wyczerpującym biegu. W opuszczonej powęźlonej muskułami ręce trzymał wielką okutą pałę, zbroczoną na końcu czarną posoką. Na ten widok sir Roger skrzywił się. Pała, a więc trofeum popsute, ten dureń musiał rozbić smokowi łeb. Rozpostarte bezwładnie na ziemi błoniaste skrzydło jeszcze lekko drgało. Rycerz sięgnął po bełt, by załadować napiętą kuszę. Wiedział, że przedzieranie się przez gąszcz z naładowaną bronią to proszenie się o nieszczęście. Starannie ułożył pocisk w rowku kuszy. Uniósł broń.
I zaraz opuścił. Poczuł, jak coś nieprzyjemnie ostrego napiera na łopatkę, prawie przebijając łosiowy kubrak. Sir Roger nie miał zwyczaju dyskutować z faktami, zwłaszcza nieprzyjemnymi. Ostrożnie położył kuszę przed sobą, trzymając palce z daleka od spustu. Uniósł dłonie i nie próbując się odwracać, stał spokojnie, bez ruchu. Tak się dać podejść, prawie splunął ze złości. Nic nie usłyszeć, nie obejrzeć się za siebie. Nacisk zelżał. Rycerz odwrócił się powoli, dbając, by jego uniesione ręce były cały czas widoczne. Coś nieprzyjemnie ostrego okazało się ostrzem sulicy, które teraz znalazło się pod podbródkiem rycerza. Na jej drugim końcu zobaczył równie pleczystego draba jak ten, co stał z pałą nad pokonanym smokiem.
Drab wpatrywał się w rycerza bezczelnym spojrzeniem, w równym stopniu pełnym nienawiści co wrodzonej tępoty.
Trzeba spróbować, pomyślał rycerz. Cholera, i tak pewnie nie zrozumie... Spojrzał wyniośle na draba, z wyglądu ucznia szewskiego z małymi szansami na wyzwolenie.
– Zabieraj to, sierściuchu! – zaczął lodowatym tonem. Wiedział, że chama najlepiej od razu z góry. Znam ja was, skurwysyny, pomyślał, znam jak... Skrzywił się na niezamierzoną ironię. Jednocześnie spróbował odsunąć godzący prosto w grdykę grot.
Grot ani drgnął, człowiek trzymający drzewce nie zmienił wyrazu twarzy. Wynikało z tego kilka ważnych wniosków. Drab był głuchy albo nie rozumiał. Ale był silny, bardzo silny.
– Na szlachcica się porywasz! – wrzasnął rycerz już z mniejszym przekonaniem. – Nie ujdzie ci to...
Z boku zatrzeszczały gałęzie. Ktoś przedzierał się przez młodnik. Nie szedł cicho, robił tyle hałasu, że słychać go było z daleka. Rycerz usiłował go dojrzeć, nie tracąc jednocześnie z oczu zagrażającego wciąż ostrza.
Zrobił przy tym straszliwego zeza. Z gąszczu wyszedł drugi rzemieślnik. Starszy, postawny mężczyzna z posiwiałymi, obwisłymi wąsami. Nieco przygarbiony od wieloletniego ślęczenia nad kopytem. Uśmiechał się złośliwie i złowrogo. Kurwa, o co tu chodzi, prawie na głos jęknął sir Roger. Przecież nie o rabunek. Zbój, psia jego mać, na traktach napada, tam jego miejsce przyrodzone. Nie lezie za człowiekiem pod smocze legowisko...
– Rycerza oprymujecie! – spróbował jeszcze raz. – Chamy bure! Na szubienicę za to! Ćwiartowanie! A potem rozwłóczenie! Żeby człeka wyższego stanu...
Stary tylko pokręcił głową, uśmiechając się ironicznie. Widać zrozumiał.
– Uspokójcie się, panie rycerzu – podszedł bliżej. – Nie uchodzi, by słynny sir Roger z Mons...
Pochylił twarz, zionąc rycerzowi prosto w nos piwem i czosnkiem, jakże by inaczej. Rycerz usiłował się odsunąć, jednak nacisk ostrza na skórę nie pozwolił na to.
Z tyłu zatrzeszczały łamane gałęzie. Ktoś jeszcze przedzierał się przez zarośla, czyniąc jeszcze więcej hałasu.
Stary wyszczerzył popsute zęby.
– Uspokójcie się, panie szlachcic – zasyczał jadowicie. – Uspokójcie się, szlachetny sir Rogerze! A może wcale nie Rogerze? Może wcale nie sir?
Krew odbiegła z twarzy rycerza. Poczuł, jak miękną mu nogi.
– Skąd, kurwa, wiesz?! – wypalił bez zastanowienia, zanim zdążył ugryźć się w język.
Z tyłu ktoś sapnął, jakby krztusząc się śmiechem.
– Ode mnie! – usłyszał głęboki, kulturalny głos.
Rycerz odwrócił się gwałtownie, jak gdyby ostrze sulicy dźgnęło go w tyłek.
Na pysku smoka trudno rozpoznać uczucia. Jednak widząc przed sobą smoczą gębę, sir Roger mógłby przysiąc, że smok jest szczerze ubawiony.
– Ode mnie – powtórzył potwór, z ukontentowaniem machnął ogonem, obalając kilka młodych sosenek i przy okazji osiłka z pałką stojącego opodal. – O, przepraszam... – dodał, widząc, jak osiłek zbiera się z ziemi, wypluwając śnieg i igliwie.
Z zamętem w głowie rycerz spojrzał tylko na starego szewca. Ten tylko skinął głową, przygryzając z zadowoleniem siwego wąsa.
– Dogadaliśmy się – dodał smok swym głębokim głosem. Gdyby zamknąć oczy, można by przysiąc, że przemawia gruby, jowialny szlachcic. Nawet akcent był odpowiedni, bez typowego dla smoków chrapliwego przydechu, bez połykania końcówek wyrazów.
– Dogadaliście się? – prawie szeptem, z niedowierzaniem zwrócił się rycerz do starego. – Dogadaliście się? Ze smokiem?!
– A wierę, ze smokiem! Bo bestyja to wprawdzie plugawa i piekielna...
Smok chrząknął znacząco, buchając niewielkim obłoczkiem dymu. Stary zastrzygł uszami i nieco spuścił z tonu.
– Tego, co to ja mówiłem... Ano w porównaniu z nim to jesteście kurwi syn, panie, he, he, rycerzu... Dogadalim
się. Powiedział nam, co z ciebie za sukinsyn, co z naszymi kamratami robisz. Powiedział nam, ktoś ty, chamie bury, jako to sam na nas mówiłeś, lepszy, nie będąc. Tfu!
Stary strzyknął śliną na buty rycerza, celnie zresztą. Sir Roger pobladł jeszcze bardziej.
– A ty? – spytał cicho. – Skąd wiesz?
Smok popatrzył uważnie.
– Rzekłbym, że w twojej obecnej sytuacji to wszystko jedno, czy się dowiesz, czy nie – zaczął z namysłem. – Ale nie, nie będę taki. Otóż, młodym smoczęciem będąc...

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 05.06.2009 23:59