Magia kąsa - Ilona Andrews - Fragment #1

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 05.02.2010 23:59

Dotarłam do pokoju Grega i stanęłam w drzwiach.
Biuro nie było zbyt okazałe. Przez jedyne kwadratowe okno wpadało tu trochę dziennego światła. Zniszczona podłoga, wąskie biurko, dwa stare krzesła. Przy lewej ścianie, na całej jej długości ciągnęły się półki na książki, niebezpiecznie wygięte pod ciężarem poustawianych na nich, jeden obok drugiego, tomów. Pod ścianą naprzeciw stały cztery metalowe regały na dokumenty, tak wysokie jak ja. Stosy akt i papierów leżały również w rogach pomieszczenia na podłodze, na krzesłach, a biurko było nimi po prostu zawalone.
Ktoś musiał szperać w papierach Grega i zrobił to bardzo umiejętnie. Co prawda biuro nie wyglądało, jakby zostało przeszukane, ale ten ogólny nieład wskazywał, że ktoś dokładnie przejrzał każdy dokument, a potem nie potrafił go odłożyć na właściwe miejsce, więc po prostu odkładał tam, gdzie znalazło się akurat trochę wolnej przestrzeni. A przecież wszystkie te dokumenty stanowiły prywatną własność Grega. Poczułam złość na myśl, że po jego śmierci ktoś dotykał jego rzeczy, czytał jego przemyślenia.
To nie było w porządku.
Przestąpiłam próg i poczułam, jak za mną zamyka się zaklęcie ochronne. Na drewnianej podłodze bladym pomarańczowym światłem zapłonęły tajemnicze symbole, tworząc skomplikowany wzór. Symbole łączyły długie, kręte linie, które krzyżowały się ze sobą, tworząc siatkę, i wiły na powierzchni całej podłogi. Miejsca ich przecięć jarzyły się promieniście czerwonymi punktami. Domyśliłam się, co to znaczy. Greg nałożył na pomieszczenie zaklęcie własnej krwi, co więcej, uwzględnił w tym zaklęciu moją obecność, bo w przeciwnym razie nie mogłabym go w ogóle zobaczyć. Oznaczało to również, że gdybym użyła w gabinecie magii, nikt po tamtej stronie drzwi nigdy by się o tym nie dowiedział. Zaklęcie było tak silne, że zabrałoby tygodnie, żeby ktoś je wykrył. Sądząc po intensywności koloru świetlnych linii, magia tego pokoju zdolna była wchłonąć wszystko. Dlaczego Greg to zrobił? Dlaczego aż tak bardzo się postarał?
Przeszłam pomiędzy stosami akt i podeszłam do biblioteczki. Znalazłam tu stare wydanie „Almanachu mistycznych stworzeń” i jeszcze starsze „Księgi zaklęć”, Biblię, piękne wydanie Koranu oprawione w skórę grawerowaną złotymi literami i cienki egzemplarz „Faerie Queene” Edmunda Spensera.
Teraz postanowiłam sprawdzić metalowe szafki.
Tak jak przypuszczałam – puste. Półki były oznaczone jakimś specjalnym, wymyślonym przez Grega kodem, którego nie mogłam odszyfrować. Zresztą, to nie miało znaczenia.
Dwie godziny później uporałam się ze wszystkimi papierami z podłogi i krzeseł. Właśnie miałam się zabrać za akta na biurku, kiedy w ręce wpadła mi duża szara koperta. Leżała na samej górze jednego ze stosów na biurku, a litery wypisane na niej przez Grega czarnym markerem układały się w moje nazwisko.
Zdjęłam z biurka część dokumentów, by zrobić trochę miejsca, przyciągnęłam sobie krzesło, a następnie wysypałam zawartość koperty na blat.
Znalazłam tam dwie fotografie i list. Na pierwszej fotografii stały obok siebie dwie pary. W jednym z mężczyzn rozpoznałam mojego ojca, niezdarnego, rudowłosego mężczyznę o rozpostartych szeroko, ogromnych ramionach, z których jedno otaczało kobietę, najprawdopodobniej moją matkę. Niektóre dzieci przechowują w pamięci wspomnienia po zmarłych rodzicach: barwę głosu, zapach, jakiś wizerunek.
Ja nie mogłam sobie nic takiego przypomnieć, jakby moja matka nigdy nie istniała. Mój ojciec nie miał żadnych jej zdjęć – widocznie przechowywanie ich uznał za zbyt bolesne – a zatem wiedziałam o niej tyle, ile sam mi powiedział. Mówił, że była piękna i miała długie blond włosy. Wpatrywałam się w kobietę na zdjęciu – niewysoką i szczupłą. Rysy twarzy podkreślały tylko tę filigranowość. Delikatne, ale wyraziste, sugerowały, że choć drobna, to na pewno nie jest krucha ani słaba. Przeciwnie, na zdjęciu stała w naturalnej pozie, pewna siebie, pociągająca i kusicielska, i doskonale zdająca sobie sprawę ze swego uroku. Naprawdę była piękna.
Zarówno ojciec, jak i Greg mówili mi, że jestem do niej podobna, ale mimo że wpatrywałam się w zdjęcie już dość długo i bardzo dokładnie, nie mogłam dostrzec żadnego podobieństwa. Rysy miałam ostrzejsze, a usta szersze i większe. Odziedziczyłam co prawda po mamie kolor oczu – ciemnobrązowy, ale moje, znacznie węższe, przypominały kształtem nieco spłaszczony migdał. Miałam też ciemniejszą cerę. Gdybym odpowiednio umalowała oczy, mogłabym z powodzeniem uchodzić za Cygankę.
Poza tymi wszystkimi różnicami było jeszcze coś bardzo istotnego. Z twarzy mojej mamy emanowała kobieca łagodność, z mojej nie, no, przynajmniej jeśli się je porównywało. Ponadto wszystkie moje kobiece krągłości dawno zmieniły się w muskuły i zapewne, gdybyśmy stanęły z mamą obok siebie w pokoju pełnym ludzi, na mnie nikt by nawet nie spojrzał. A gdyby ktoś jednak zatrzymał się, żeby ze mną porozmawiać, to wystarczyłby jeden uśmiech mamy, a on natychmiast zapomniałby o mnie, oczarowany jej urokiem.
Piękna... To za mało powiedziane, tato.
Z drugiej strony, gdyby ci sami ludzie mieli wybrać jedną z nas w celu kopnięcia w rzepkę, to bez wątpienia wybraliby mnie, miałam to jak w banku. Obok mojego ojca i mamy stał Greg z piękną Azjatką u boku. Anna była jego pierwszą żoną. W przeciwieństwie do moich rodziców, Greg i Anna nie obejmowali się. Dzielił ich ledwie dostrzegalny dystans, jakby się obawiali, że ich silne indywidualności zaczną iskrzyć, jeśli zbliżą się do siebie. Oczy Grega miały zasmucony wyraz.
Odłożyłam fotografię na biurko. Nie chciałam już na nią patrzeć. Na drugiej rozpoznałam siebie w wieku dziewięciu czy dziesięciu lat. Ktoś, kto robił zdjęcie, uchwycił moment, gdy skaczę do jeziora z gałęzi ogromnej topoli, ale nie wiedziałam, kto i kiedy je zrobił. Zaczęłam czytać list, kilka krótkich zdań na białym skrawku papieru – fragment wiersza Spensera:
Pewnego dnia napisałem jej imię na brzegu morza,
ale przyszła fala i je zmyła.
Jeszcze raz napisałem je drugą ręką,
ale nadszedł przypływ i uczynił mój ból
swoją zdobyczą.
Poniżej widniały tylko cztery słowa napisane... krwią Grega.
Amehe
Tervan
Senehe
Ud
Kiedy je przeczytałam, zapłonęły czerwonym ogniem.
Schwycił mnie potężny skurcz. Nie mogłam oddychać, a cały pokój stanął jakby za mgłą. W tej mgle bicie mojego własnego serca brzmiało niczym uderzenia dzwonu na wieży. Wokół mnie wirowała magiczna energia, chwytając w plątaninę śliskich, elastycznych prądów mocy. Wyrwałam się na zewnątrz i złapałam je, a one niosły gdzieś dalej i dalej, do świata światła i dźwięku. Światło przeniknęło mnie i eksplodowało w głębi mojego umysłu, wysyłając przez skórę niezliczoną ilość świetlistych iskier.
Krew w żyłach wrzała jak stopiony metal.
Czułam, że się zagubiłam. Że zaginęłam w czymś w rodzaju trąby powietrznej ze światła. Otworzyłam usta i usiłowałam wykrzyczeć słowo zaklęcia, ale nie potrafiłam, nie mogłam. Wydawało mi się, że umieram i nagle coś się we mnie przełamało, wypowiedziałam je, wkładając całą swoją moc w jeden słaby dźwięk.
Hesaad. Do mnie.
Świat wokół przestał wirować. Przed oczami miałam cztery wyrazy, które napisał Greg. Musiałam wyrzec je jeszcze raz. Panując nad własną mocą, mogłam sprawić, że zawarta w nich energia będzie mi posłuszna, a słowa staną się moje.
Amehe. Tervan. Senehe. Ud.
Strumień mocy stawał się oraz słabszy, odpływał. Wpatrywałam się w pustą kartkę papieru. Zaklęcia znikły, na kartce pozostała tylko niewielka szkarłatna kropla. Dotknęłam jej i poczułam delikatną iskierkę magii. To była moja krew. Krwawiłam z nosa. Wyjęłam z kieszeni chusteczkę, przycisnęłam ją mocno i odchyliłam głowę w tył. Pomogło. Spojrzałam na zegarek, wskazywał dwunastą siedemnaście, a więc to, co wydawało mi się chwilą, trwało prawie półtorej godziny.
Myślałam o tym, co się stało, o czterech słowach mocy: Bądź posłuszny. Zabij. Ochraniaj. Giń. Słowach tak pierwotnych, tak niebezpiecznych i potężnych, że pozwalały czerpać moc z najpradawniejszych i najbardziej nieokiełznanych źródeł magii. Nikt nie miał pojęcia, jak dużo było takich słów tam, skąd przeniknęły do naszego świata te cztery. Nikt nie wiedział też, dlaczego miały tak ogromną władzę nad magią. Nawet ludzie, którzy sami nigdy nie używali magii, rozpoznawali znaczenie tych zaklęć i podlegali ich władzy, jak gdyby stanowiły część zbiorowej, ponadczasowej pamięci rodu ludzkiego.
Ale słów mocy nie wystarczało poznać; trzeba było nad nimi zapanować. Każdy, kto usiłował to zrobić, miał tylko jedną szansę. Jeśli jej nie wykorzystał – ginął. To wyjaśniało, dlaczego tak niewiele osób obdarzonych magicznymi zdolnościami posiadało ich moc. Jeżeli jednak przeszedł próbę, należały do niego już na zawsze. Ale zawładnięcie mocą słów stanowiło zaledwie początek drogi, potem należało nauczyć się kontrolować to, co za sobą kryły – pierwotną magię. Nie każdy też mógł posługiwać się nimi, ponieważ wymagały zaangażowania tak wielkiej ilości własnej energii, że nawet bardzo potężni magowie, używając ich, narażali się na skrajne wyczerpanie. Przypomniałam sobie również, jak ojciec i Greg ostrzegali mnie, że moc przywołana przez słowa może odmówić posłuszeństwa, lecz jak do tej pory nie miałam okazji tego sprawdzić, bo jeszcze nigdy przeciw nikomu ich nie użyłam. Zgodnie z tym, co radzili, traktowałam moc słów jak ostatnią deskę ratunku, gdyby wszystko inne zawiodło.
Teraz miałam moc sześciu słów. Czterech, które otrzymałam w darze od Grega, i dwóch, których dawno temu nauczył mnie ojciec: Mine – „Do mnie” i Dair – „Uwalniam cię”. Kiedy w wieku dwunastu lat przejmowałam nad nimi kontrolę, o mało nie umarłam. Tym razem poszło mi znacznie łatwiej, nawet zbyt łatwo. No chyba że moc krwi z wiekiem staje się coraz silniejsza. Boże, jak bardzo chciałabym zapytać o to Grega.
Spojrzałam na podłogę. Pomarańczowe linie ochronnego pola stały się mniej wyraźne niż przedtem. W zasadzie z trudem wyróżniałam je na tle posadzki. Wchłonęły w siebie wszystko, co zdołały. Magiczne słowa krzyczały w mojej głowie, miotając się, jakby usiłowały znaleźć tam dla siebie miejsce. To był ostatni z darów Grega, najcenniejszy ze wszystkich, jakie kiedykolwiek od niego dostałam. Stopniowo zaczęło docierać do mojej świadomości, że ktoś mnie obserwuje. Podniosłam wzrok i zobaczyłam w drzwiach szczupłego mężczyznę. Przypomniałam sobie: to ten człowiek uśmiechnął się do mnie, gdy przed trzema godzinami przechodziłam obok jego biura.
– Wszystko w porządku? – spytał.
– Zwiedzałam sobie gabinet – wymamrotałam, dostrzegając kątem oka, że z nosa nadal wystaje mi kawałek zakrwawionej chusteczki. – A to, to nic takiego.
Nic mi nie jest.
Mężczyzna jednak nadal przyglądał mi się z uwagą.
– Jesteś pewna?
– Oczywiście. – Spróbowałam się nawet uśmiechnąć, powtarzając jednocześnie w myślach: No dobra, niech ci będzie, jestem niekompetentnym debilem, tylko już sobie idź.
– Przyniosłem ci akta sprawy, nad którą Greg ostatnio pracował – wyjaśnił, nie czyniąc jednak najmniejszego ruchu, by do mnie podejść. Cwaniaczek, pomyślałam, ale dobrze kombinuje. Pewnie uznał, że jeśli ja wpadłam w zastawioną przez Grega magiczną pułapkę, to równie dobrze i jemu może się to przydarzyć. – Przepraszam, że przynoszę je dopiero teraz, ale miał je jeden z rycerzy.
Podeszłam do mężczyzny i wzięłam od niego dokumenty.
– Dzięki – rzuciłam.
– Nie ma sprawy – odparł, a potem odwrócił się i nareszcie zostawił mnie samą.
Zaczęłam gorączkowo szukać w biurku Grega lusterka. Wiedziałam, że każdy szanujący się mag musiał je mieć pod ręką. Było niezbędne do wielu zaklęć. To należące do Grega, prostokątne i zupełnie zwyczajne, miało drewnianą ramę i uchwyt. Spojrzałam na swoje odbicie i omal nie wypuściłam lusterka z rąk. Moje włosy świeciły, otaczała je poświata emitująca promienie w kolorze jasnego burgunda, które migotały – przygasały i rozbłyskiwały, gdy przesuwałam po nich dłonią. Wyglądało to tak, jakby każde pasemko pokrywała fluorescencyjna farba. Potrząsnęłam głową, ale poświata nie znikła. Warczenie ani strojenie głupich min również nie pomogły, nie miałam zielonego pojęcia, jak pozbyć się tego cholerstwa. W końcu dałam za wygraną. Skoro nie mogłam nic zrobić ze świecącą głową, uznałam, że należy to przeczekać. Schowałam się zatem w najciemniejszym kącie pomieszczenia, żeby nawet ktoś, kto stanąłby w drzwiach nie mógł mnie zobaczyć, i zaczęłam przeglądać przyniesione przez szczupłego mężczyznę dokumenty. Czułam, że zmuszam się do tego. Kiedy poprzednim razem wchłonęłam w siebie słowa, byłam krańcowo wyczerpana, dziś czułam się pełna energii, rozpierała mnie magiczna moc, nad którą z trudem panowałam. Chciałam działać, skakać, biec gdzieś, zrobić coś. Niestety, zamiast tego musiałam siedzieć w tym głupim kącie i skoncentrować się na przeglądaniu akt.
Zawierały raport koronera, streszczenie policyjnego sprawozdania, jakieś krótkie notatki i kilka fotografii z miejsca zbrodni. Na jednej z nich widać było rozciągnięte na asfalcie dwa martwe ciała. Jedno nagie, blade i sine, drugie zakrwawione i pokaleczone.
Przyjrzałam się najpierw zbliżeniom tego zakrwawionego.
Człowiek leżał na ziemi z rozpostartymi ramionami, w ubraniu przesiąkniętym krwią. Coś rozerwało mu klatkę piersiową, schwyciło mostek i wyrwało z piersi z niewyobrażalną siłą. Otwór, który powstał w ten sposób, wypełniała wilgotna, nieco połyskująca masa zmiażdżonego serca, której ciemny kolor odcinał się wyraźnie na tle gąbczastej resztki płuc i biało-żółtej plątaniny połamanych żeber. Prawe ramię, wykręcone w tył, zwisało jak cienki, wąski strzęp tkaniny.
Kolejne zdjęcie przedstawiało zbliżenie twarzy.
Smutne oczy, które tak dobrze znałam, patrzyły niewidzącym wzrokiem prosto w obiektyw aparatu... prosto na mnie. Na Boga, nie potrafiłam wytrzymać tego widoku. Uciekłam spojrzeniem i przeniosłam je na podpis pod fotografią. Nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Zakrwawione, bestialsko sponiewierane szczątki były wszystkim, co zostało po Gregu.
Poczułam, jak moje gardło zaciska się, jak przepełnia je bezbrzeżna fala bólu. Znów nie mogłam oddychać. Musiałam się opanować. Zamknęłam mocno oczy i starałam się złapać oddech, powtarzając sobie, że to, co widzę na zdjęciu, nie jest Gregiem, że to tylko jego zwłoki, że ten prawdziwy Greg tkwi gdzieś w mojej pamięci, ze mną... we mnie... Złapałam oddech.
Spojrzałam na zbliżenie drugiego ciała. Wydawało się nietknięte, brakowało mu tylko... głowy. Spomiędzy strzępów porozrywanej tkanki szyi wystawał jedynie złamany kawałek kręgosłupa. Żaden inny ślad nie wskazywał, że w tym miejscu była kiedyś głowa. Dlaczego? Dlaczego tam, gdzie powinna być kałuża krwi, jest zaledwie parę kropel? To przecież niemożliwe. Na zdjęciu widać wyraźnie, że ciało leży pod takim kątem, iż krew z tętnic i żył szyjnych musi wypływać na zewnątrz, gdzie się zatem podziała? Znalazłam jeszcze cztery inne zdjęcia tych drugich zwłok i ułożyłam je obok siebie na podłodze.
Gładka, marmurowobiała skóra trupa mocno opinała mięśnie, jakby nigdy nie było pod nią ani grama tłuszczu. Skóra wyglądała na zupełnie pozbawioną owłosienia, a moszna na wyschniętą i zadziwiająco małą. Potrzebowałam zbliżenia rąk, chciałam spojrzeć na paznokcie, ale nie znalazłam ani jednego. Widocznie ktoś to zlekceważył. Zresztą i bez tego byłam prawie pewna, kogo przedstawiają fotografie...
Miałam przed sobą ujęcia martwego wampira. Może się to wydawać trochę paradoksalne, bo przecież wampiry są martwe niejako z samej definicji, ale w tym przypadku chodziło o tak zwany kres egzystencji pośmiertnej. To taki rodzaj śmierci „na zawsze”, bo nawet Ghastek, przy użyciu całej swojej nekromanckiej mocy, nie potrafił przywrócić do „życia” wampira bez głowy. Pytanie brzmiało zatem – do kogo należał ten, bo przecież większość nekromantów Rodu znakowała swoje wampiry? A jeśli rzeczywiście stwór nosił czyjś znak, to dlaczego, do cholery, ten dupek fotograf nie uchwycił go na żadnym ze zdjęć?
Zastanawiałam się, co mogło być na tyle potężne, by zabić wampira i rycerza-wróżbitę? To naprawdę nie było łatwe. Już sam stwór, na tyle szybki, by samodzielnie poradzić sobie z całym oddziałem SWAT-u, stanowił praktycznie przeciwnika nie do pokonania. Jeśli dodało się do tego magiczną moc Grega, to teoretycznie zabicie ich obu naraz wydawało się po prostu niemożliwe. A jednak obaj nie żyli.
Zaczęłam intensywnie myśleć. Zabójca musiał dysponować ogromną mocą. Musiał być szybszy niż wampir i wystarczająco silny, by oderwać głowę od ciała, bez wątpienia posiadał też na tyle mocne pole ochronne, że obroniło go przed magią Grega i jego buzdyganem. Biorąc to wszystko pod uwagę, zaczęłam układać listę potencjalnych zabójców.