Brylantowy miecz, drewniany miecz - Nik Pierumow - Fragment #1

Agata zręcznie umknęła przed świszczącym przy jej twarzy batem. Zaklinacz węży był niepocieszony. - Dzień dobry, panie Jeremiaszu - zawołała dziewczyna miodowym głosikiem, wykonując w biegu wdzięczny dyg. Chwyciła się burty furgonu i płynnie wskoczyła do środka. W wozie pana Onfima było ciepło. Mieli tutaj dwa piecyki, w tym jeden obłożony kamieniami, a w obu już płonął ogień. Przy piecykach krzątali się bracia akrobaci, bardzo rozczarowani tym, co polecono im robić. Ich twarze pokrywała sadza.Pan Onfim leżał na skrzyni z pieniędzmi, okrytej czterema warstwami koc. Obok niego krzątała się Tansza, podnosząc pokrywki z parujących garnuszków. To było coś niespotykanego - pan Onfim zagnał kochankę do gotowania! Zazwyczaj zajmowała się tym niewolnica. Dzisiaj najwidoczniej przeznaczono jej szczególne zadanie. Gospodarz nie lubił bawić się w uprzejmości i powitania. Nawet do Tanszy zwykle przemawiał krotko: "No, gotowa? Ile można czekać? Zadzieraj kiecę i schyl się! A wy mi się odwrocić, gady..." -Mijamy już Drungski Las - zachrypiał Onfim. - Zrobimy zaraz postój. I przejdziemy się. Ja i ty. Bierz swoje manatki. I żebym nie musiał czekać!? -Tak, panie Onfimie. - Danu skłoniła się nisko. "Brudne świnie. Drungski Las! Zachodnia granica ziem Tuatha de Danann... ostatnia ostoja. Wiedziałam, że będziemy tędy jechać. Las wzywał mnie, poznał na dziesięć lig, ale nie mógł dostrzec obroży na mej szyi... Wielcy Bogowie, jak się okazuje, Onfim całkiem nieźle zna historię! Znów będę musiała patrzeć, jak stopa nędznego homeusza plugawi świętą ziemię ojców!" Jednak nic nie mogła uczynić. Obrożę zaklęli czarodzieje znający się na rzeczy.Onfim odrzucił koce, sięgnął po broń. W ciemnozielonym myśliwskim kaftanie, w wysokich butach i z krzywą arcachską szablą u pasa nie przypominał brzuchatego właściciela wędrownego cyrku, któremu niedawno stuknęła sześćdziesiątka, wielkiego miłośnika piwa i kobiet wszelkich ras. Gdzieś się podziały otłuszczone policzki, a wyblakłe oczy płonęły prawdziwym, żywym ogniem, jakiego nie było w nich widać nawet w tych najszczęśliwszych chwilach życia, kiedy liczył utarg. -Czekam - oznajmił zimno. Agata skłoniła się w milczeniu. -Jeremiaszu, zatrzymaj konie! - rozkazał Onfim. Bracia akrobaci patrzyli na Danu złymi, szczurzymi oczkami. Starczyła chwila, by dogoniła swój wóz, chwyciła ciepły płaszcz - jedyną posiadaną rzecz - i naciągnęła podróżne buty. Furgony zatrzymały się ze skrzypieniem. Kitzum patrzył na gospodarza z otwartymi ustami. -Panie... Panie Onfim! - z przestrachu zaczął chrypieć i zacinać się przy każdym słowie. - Ulewa, panie Onfim... Pod Agatą nogi się ugięły, gdy dostrzegła uśmieszek na cienkich wargach gospodarza. -Wszystko w porządku, Kitzumie. Wszystko przewidziałem, także ten postój. Czekajcie na nas, to nie zajmie dużo czasu. Najwyżej do wieczora. A żeby jakimś gorącym głowom nie spodobało się uciec wraz z wozami i pieniędzmi, nakładam na konie zaklęcie Pęt. Podniósł rękę. Na jego serdecznym palcu Agata zobaczyła pierścień z kamieniem szmaragdowej barwy, w taniej brązowej oprawie. Onfim wymamrotał słowa zaklęcia i kamień rozbłysnął, znikając w jaskrawozielonym płomieniu. Na pierścieniu zostało tylko puste gniazdo. Na chwilę zatkało wszystkim uszy. -Kiedy wrócę, w wozie ma być ciepło i gotowa kolacja - polecił właściciel cyrku nieprzyjemnym tonem. - Idziemy, Danucha! Czas zapracować na chleb! Agata w milczeniu ruszyła za nim. "Zadziwiłeś mnie, Onfimie. Nigdy bym nie przypuszczała, że wiesz o naszym Lesie. Nigdy bym nie przypuszczała, że zechcesz sam do niego wejść. Ale najważniejsze pytanie: czego tutaj szukasz? Wasi magowie przeczesali go wzdłuż i wszerz. I ludzi też w nim było mnóstwo - szukali złota, głupcy... A ty nie wyglądasz na głupca, Onfimie. Jesteś brudną, odrażającą, rozpustną i niegodziwą świnią, ale na pewno nie głupią. Po co więc leziesz do naszego Lasu?" Drzewa wzdłuż drogi były zwyczajne, pochodzące ze świata ludzi. Marne drzewa - jak uważali prawdziwi Danu. Niewysokie, byle jakie, pokryte zgnilizną i mszycami, gdzieniegdzie oplecione pajęczyną jedwabników. Ich nienawistne spojrzenia wbiły się w plecy Agaty. Pozbawione języków usta otwarły się, wyrzygując potok brudnych i obrzydliwych przekleństw, niesłyszalnych dla nikogo oprócz niej. W porównaniu z tym, co mówiły, życzenie, aby zgwałcił ją i udusił własny ojciec, mogłoby uchodzić wręcz za uprzejmość.Nieco dalej od drogi las stał się trochę cichszy. To było zrozumiałe - drzewa rosnące przy trakcie przyjmowały na siebie całą złość przejeżdżających, ich cierpienia oraz rozczarowania i to właśnie powodowało, że rośliny chorowały, marniały, ale nie umierały, co więcej - dając nawet początek nowemu życiu. Nieskończoność i nieprzerwany kołowrót tych mąk tylko powiększały ich gorycz.Gałęzie próbowały wczepić się Agacie we włosy, wydrapać oczy. Onfim chlasnął po nich cienką kościaną szpicrutą i dziewczyna poczuła nagle lodowate ukłucie pod łopatką. Żołta kość z pewnością zawierała jakieś zaklęcie, i to wcale nie takie zwyczajne. -Czego stajesz? Ruszaj się, ostroucha! Przedzierali się przez ponure zarośla - liście i trawa zdawały się pokryte warstwą kurzu, chociaż skąd niby tutaj kurz? Lipy i klony rosły w sąsiedztwie sosen, grabów i jodeł, co było skutkiem magicznego chaosu powstałego podczas wojny z Danu, o której ludzcy minstrele śpiewali na każdym jarmarku, targowisku i w każdym zajeździe.Ocaleli Danu starali się o niej w ogóle nie wspominać. - Dokąd mam iść, panie Onfimie? - to była jeszcze jedna żałosna próba obronienia się przed nim.- Nie udawaj, że nie wiesz, ostroucha. Prowadź mnie do Drungu! Do samego serca! Czujesz je, ja to wiem. Prowadź!Agata pokłoniła się. Zamknęła na chwilę oczy, odcinając się od chorego, złego lasu, który ją otaczał, a który należałoby nazwać raczej karykaturą lasu. Zmysły dziewczyny wybiegły naprzód, ku niedalekim wzgórzom, gdzie z kamiennych grot wyciekały jeszcze szybkie, czyste strumyki, gdzie na zboczach rosły jeszcze Lhadann Nasţonn, Prawdziwe Drzewa, gdzie wszystko było inne, nawet powietrze...To była ojczyzna Danu.Las odpowiedział jej natychmiast potrząsaniem wielkich gałęzi, czułym drżeniem wiecznie zielonego listowia. Kiedy Danu odeszli, Lhadann Nasţonn nauczyły się zrzucać liście na zimę w naiwnej próbie uchronienia się przed gniewem homeuszy, którzy wyznawali zasadę:"Zniszczyć wszystko, co nieznane!". Onfim szedł trzy, cztery kroki za Agatą. Prawą rękę trzymał na rękojeści szabli, lewą ściskał szpicrutę. Czyżby nasłuchał się o potworach Drungu zrodzonych na zwłokach złej magii, która ognistą miotłą przeleciała po twierdzy starego ludu? Sama Agata niewiele o tym wiedziała, ale miała nadzieję, że jej krew, krew Danu, będzie wystarczającą ochroną. Tak już się nieraz zdarzało.


Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 20.08.2011 06:59