Na krawędzi - Ilona Andrews - Dziadek Cletus (fragment)

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 24.09.2011 06:59

– Rose! – głos dziadka wstrząsnął posadami domu.
– No nie, znowu? – Rose wytarła ręce w ścierkę i zdjęła z haka kuszę.
– Roooose!
Kopniakiem otworzyła moskitierę. Nad podwórkiem górowała niedźwiedziowata sylwetka kudłatego mężczyzny o obłąkanym spojrzeniu oraz splątanej brodzie, przetykanej suto siwizną i posklejanej krwią. Wymierzyła w niego kuszę. Znów pijany jak bela.
– Czego?
– Chcę iść do pubu, na jednego – tubalny głos nabrał skamlących nut. – Daj pieniądze!
– Nie.
Warknął na nią, chwiejąc się na nogach.
– Rosie! To twoja ostatnia szansa, żeby dać mi dolara!
Westchnąwszy, zwolniła spust. Bełt trafił między oczy. Dziadek runął jak kłoda. Jeszcze przez chwilę bębnił nogami o ziemię.
Rose oparła kuszę o biodro.
– Dobra, możecie już wyjść.
Zza pnia wielkiego dębu, którego rozłożysta korona ocieniała podwórko, wychynęło dwóch chłopców. Byli umorusani czerwonawym błotem, żywicą i różnymi niezidentyfikowanymi substancjami, które ośmio– i dziesięciolatek mogli znaleźć w Borze. Dodatkowo Georgie miał zadrapanie na szyi, a w blond czuprynie zaplątaną gałązkę, za to kłykcie Jacka były czerwone i spuchnięte.
Zorientował się, że Rose patrzy na jego ręce, schował je za plecami, spoglądając na dziewczynę szeroko otwartymi, bursztynowymi oczyma.
– Ile razy mam wam powtarzać, żebyście nie dotykali kamieni barierowych? Popatrzcie na dziadka Cletusa! Nie dość, że znów zjada psie mózgi, to jeszcze się upił. Pół godziny mi zejdzie, zanim go domyję.
– Tęsknimy za nim – pisnął Georgie.
– Ja też – westchnęła. – Ale z pijanego pociechy nie będzie . Chodźcie, pomożecie mi go zataszczyć do szopy. Chwyćcie za nogi.
Wspólnymi siłami zawlekli bezwładne ciało do stojącej na skraju polany szopy, po czym rzucili je na legowisko. Rose przyciągnęła z kąta żelazny łańcuch i przypięła go do obroży dziadka. Następnie uniosła mu powiekę, żeby sprawdzić źrenice. Nie, jeszcze nie czerwona. Po takim strzale, powinien leżeć bez ducha dobre kilka godzin.
Zaparłszy się stopą o jego tors, wyszarpnęła bełt. Nadal pamiętała, jaki dziadek był kiedyś, wysoki, wytworny, niesamowity szermierz, mówiący z leciutkim szkockim akcentem. Mimo zaawansowanego wieku, mógł pokonać tatę przynajmniej w jednym na trzy pojedynki. Jednak teraz był... tym czymś. Westchnęła. Patrzenie na niego było bolesne, ale nic nie dało się zrobić. Dopóki żył Georgie, żył także dziadek Cletus.
Chłopcy przynieśli szlauch. Rose odkręciła kurek, ustawiła najsilniejszy strumień i skierowała go na dziadka, polewając, dopóki nie spłukała całej krwi oraz resztek psiej tkanki mózgowej. Nigdy nie rozumiała, jak to się dzieje, że „pójście do pubu” oznacza ganianie bezpańskich psów i pożeranie ich mózgów, ale kiedy dziadek wydostawał się poza krąg barierowy, żaden kundel w okolicy nie był bezpieczny. Pod koniec mycia, dziura na czole zdążyła się już zasklepić. Kiedy Georgie przywracał z martwych jakąś istotę, nie tylko dawał jej życie. Czynił ją także niemal niezniszczalną.
Rose wyszła z szopy, zamknęła za sobą drzwi i zaciągnęła szlauch na podwórko. Przekraczając barierę, poczuła na skórze mrowienie niewidzialnego kręgu. Dzieciaki musiały odłożyć już kamienie na swoje miejsca. Poszukała wzrokiem w trawie. Były, rząd przeciętnie wyglądających kawałków skały, ułożonych w odstępach około metra. Każdy kamień posiadał niewielki ładunek mocy, ale razem tworzyły pole magiczne wystarczająco silne, żeby dziadek nie mógł wydostać się nawet, gdyby znów zerwał się z łańcucha.
Rose kiwnęła na chłopców końcem szlaucha.
– Wasza kolej.
Wili się pod strumieniem zimnej wody. Myła ich metodycznie od stóp do głów. Kiedy błoto spłynęło z nóg Jacka, dostrzegła w jego trampku spore rozdarcie. Rzuciła wąż.
– Jack!
Wzdrygnął się.
– Te buty kosztowały czterdzieści pięć dolarów!
– Przepraszam – wyszeptał
– Jutro pierwszy dzień szkoły! Co wyście robili?
– Wspinał się na sosnę żeby się dostać do gniazda strzygili – poskarżył Georgie.
Zgromiła go wzrokiem.
– Georgie! Trzydzieści minut kary wieczorem, za donoszenie.
Georgie przygryzł wargi.
Rose zwróciła się do Jacka.
– To prawda? Podchodziłeś strzygile?
– Nie mogłem się powstrzymać. Mają takie śliczne ogony i tak nimi trzepocą...
Miała ochotę go sprać. To prawda, nie potrafił się oprzeć – nie jego wina, urodził się kotem – ale te trampki kupiła mu do szkoły. Zakup napiął budżet domowy do granic możliwości, ale nie chciała, żeby Jack musiał chodzić w starych tenisówkach Georgiego. Zależało jej, żeby wyglądał tak ładnie, jak inni drugoklasiści. Było jej przykro.
Twarz Jacka skurczyła się w bladą maskę – zbierało mu się na płacz.
Poczuła mrowienie magii.
– Georgie, przestań. Nie próbuj ożywiać trampków. Nigdy nie były żywe.
Iskra magii zgasła.
Ogarnęła ją rozpacz, otępiający ból. Emocje zestaliły się w kamień, przygniatający pierś. Miała tego dość, dość liczenia się z każdym centem, dość oszczędzania na wszystkim. Musiała kupić Jackowi nowe buty. Nie dla jego dobra, dla własnego, żeby nie oszaleć. Nie miała pojęcia, jak tego dokona, ale wiedziała, że musi kupić mu te buty, natychmiast, inaczej zwariuje.
– Jack, wiesz, co się stanie, jak ukąsi cię strzygil?
– Zamienię się w jednego z nich?
– Tak. Musisz przestać uganiać się za ptakami.
Zwiesił głowę.
– Ukarzesz mnie?
– Tak. Teraz jestem zbyt wściekła, żeby coś wymyślić, ale porozmawiamy o tym po powrocie do domu. Idź, umyj zęby, uczesz się, przebierz w coś suchego i weź broń. Jedziemy do Wal-Marta.
Stary ford trząsł się na wyboistej drodze. Strzelby podskakiwały na podłodze półciężarówki. Georgie przydepnął je, nim go o to poprosiła.