Komornik - Michał Gołkowski - recenzja przedpremierowa

Ezekiel Siódmy jest Komornikiem. Ale nie takim zwykłym, który zajmuje ludziom mieszkania, a w wolnych chwilach bezprawnie podprowadza rolnikom wypasione ciągniki. O nie. Ezekiel ma znacznie poważniejsze zadanie - ściga Bogu ducha winnych. Dosłownie. Tak się bowiem złożyło, że przypadła mu zaszczytną rola syndyka masy upadłościowej tego świata. Jakiś czas temu ludzkość doświadczyła wreszcie zasłużonej Apokalipsy, ale coś poszło nie tak. Nie było trąb, pieczęci i płonących rydwanów. A może i były, ale wszyscy przegapili je w całym tym cyrku? Grunt, że Góra nie przyłożyła się zanadto do roboty. Niedobitki człekokształtnych rozpełzły się po okolicy, skutecznie unikając wzroku wiernych, ale głupawych Wysłanników – cherubinów, serafimów i całej reszty pierzastego tałatajstwa. Szefowi potrzebny był ktoś, kto rozumie pokrętną logikę ludzi i znacząco przyspieszy proces oczyszczania Ziemi. Ktoś taki jak nasz bohater.

Nowa powieść Michała Gołkowskiego to ironiczna, złośliwa wariacja na temat chrześcijańskiego końca świata. Nie jest to może przesadnie rewolucyjna idea (pojawiła się choćby w Kłamcy Jakuba Ćwieka), ale na tle niemożebnie wyświechtanej, „nuklearnej” postapokalipsy pachnie jeszcze świeżością. Autor bezpardonowo rozprawia się z wizją Świętego Jana – odziera ją z całego patosu i przedstawia w skarlałej, dość żałosnej formie. Aniołowie są idiotami i okrutnikami, a święci wariatami lub libertynami. Teodor Stratileta stał się alkoholikiem i erotomanem, a sam Archanioł Michał faszystą i psychopatą. Inni nie są wcale lepsi. Emocjonalna ułomność nie przeszkodziła jednak sługom Nieba w wybebeszeniu połowy ludzkości i spaleniu na popiół większości miast. Boży pomazańcy wprowadzili również szereg dziwacznych praw, na przykład takie, które każę śmiercią za posiadanie przedmiotów „niekoszernych” to jest takich, które nie mogłyby powstać po II wieku naszej ery. Anihilacja za pierścionek ze stopu? Tylko tutaj.

Cała ta tragifarsa przyciąga oko i regularnie wywołuje na twarzy szczery uśmiech, ale autor nie ustrzegł się również kilku błędów. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to pewna chaotyczność narracji. Nie sposób pozbyć się wrażenia, że bohater miota się od przypadku do przypadku, niespecjalnie przejmując się głównym celem swojej wyprawy, czyli dopadnięciem potężnego czarnoksiężnika, Jonasza (nie, nie tego, który posłużył wielorybowi za przekąskę). Czyta się to całkiem nieźle, ale momentami powieści brakuje spójności i silnie zarysowanej linii, która wyznaczałaby tok fabuły. Rozczarowuje również sama końcówka. Powiedzieć, że książka ma otwarte zakończenie, to tak, jak rzec, że polscy posłowie nie grzeszą prawdomównością. Ona w zasadzie w ogóle go nie ma. Pierwszy tom urywa się tak nagle, że zakładam, iż w całym procederze brał udział szczególnie sfiksowany Wysłannik, który w świętym amoku przerąbał maszynopis Gołkowskiego płonącym mieczem i oddał wydawcy tylko połowę. Nie muszę chyba tłumaczyć, że to „odrobinę” irytujące.

Mimo wszystko Komornik to przyzwoita, lekka w odbiorze pozycja. Prawdopodobnie nie zapamiętasz jej na lata, ale podczas lektury będziesz się dobrze bawił i dasz odpocząć skołatanemu uciążliwą codziennością umysłowi. W tej roli jak najbardziej polecam, ale jeśli oczekujesz wiekopomnego dzieła, to trafiłeś pod zły adres.


Profil redaktora Murky


Opublikowano: 10.03.2016 06:03