Dragon Age: Początek - recenzja

Nie da się ukryć – rynek gier, zarówno pecetowych jak i konsolowych, ulega stopniowej „casualizacji”. Produkcje stają się coraz bardziej uproszczone, łatwiejsze, przystępniejsze. Z jednej strony to dobrze – platformy mogą się rozwijać, przybywa nowych graczy. Cóż jednak mają począć ci, którzy pragną zagrać w coś skomplikowanego i wymagającego? Niestety, ostatnio wybór mają naprawdę mały. Jednym z chlubnych wyjątków w zalewie banalnych dzieł jest cRPG ludzi z BioWare – Dragon Age: Początek. Gra ta z założenia jest duchowym spadkobiercą Baldur’s Gate’a, a więc tworem na wskroś staro szkolnym, gdzie do rozgrywki nie wystarczają zręczne palce i celne oko.

DA:O (będę używał angielskiego skrótu – taki funkcjonuje wśród większości graczy) stanowi przeciwieństwo wydanego niedługo po nim action RPG’a - Mass Effecta 2 – stworzonego przez to samo studio. Już sam wybór herosa przywołuje wspomnienia – mamy trzy rasy, tyleż klas a nawet możliwość wyboru pozycji społecznej postaci. O ile się nie mylę, jest to pierwsza od długiego czasu produkcja, w której możemy zdecydować o statusie bohatera! Oczywiście są ograniczenia (np. krasnolud nie zostanie magiem), ale tak czy inaczej dzięki temu rozwiązaniu gra poszczególnymi herosami znacznie się od siebie różni. Ba, dla każdej możliwości przygotowano oddzielny początek historii!

Gdy już zdecydujemy się, kim chcemy grać, pora na zagłębienie się w parametry opisujące naszego awatara. Pomijam edytor wyglądu, gdyż nie wyróżnia się on praktycznie niczym ani pozytywnie, ani negatywnie. Tak samo sprawa ma się z głównymi atrybutami (siła, zręczność itd.). Nowości zaczynają się dalej – każdego bohatera opisują bowiem dwa „drzewka”: umiejętności i zdolności. Te pierwsze są zbliżone dla wszystkich, zawierają zaś m. in. zielarstwo, wyszkolenie bojowe, czy umiejętność tworzenia pułapek. Nic nie stoi więc na przeszkodzie, aby nasz wymachujący dwuręcznym toporem krępy wojownik w przerwach między walkami parzył sobie lecznicze ziółka. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku zdolności – te są odmienne dla każdej klasy. Dodatkowo punktów do rozdzielenia w ciągu całej gry jest zdecydowanie zbyt mało, aby móc wyszkolić wszystkich we wszystkim – konkretne postaci muszą posiadać jakieś specjalizacje, np. walkę dwoma mieczami (łotrzyk), czy „magię umysłu” (oczywiście czarodziej/ka), zwaną tutaj entropią. Dzięki temu drużyna powinna być zróżnicowana, a awanse przemyślane, gdyż w innym przypadku nie mamy najmniejszych szans ukończyć DA:O na poziomie wyższym niż łatwy. Świetnie, prawda?

Niezależnie od tego kim i jak zaczniemy rozgrywkę, główny wątek fabularny jest ten sam – królestwo Fereldenu zostało zaatakowane przez Plagę, której mieszkańcy krainy muszą stawić czoło. Mrocznym Pomiotom przewodzi Arcydemon, którego śmierć może przerwać wojnę. Cały problem tkwi w tym, iż zabić go mogą jedynie Szarzy Strażnicy, swoisty zakon stworzony specjalnie w tym celu w trakcie poprzednich Plag. Zrządzeniem losu to właśnie naszemu świeżo zwerbowanemu bohaterowi przyjdzie stawić czoło dowódcy hordy. Nie powiem, że historia jest bardzo mocną stroną dzieła BioWare’u. Stanowi z całą pewnością dobry jej element, jednakże nie potrafiła mnie porwać. Nie tylko przez pewną dozę schematyzmu misji, czy praktyczny brak zwrotów akcji (jest bodaj jeden czy dwa), ale przede wszystkim ogólny brak jakiejkolwiek innowacyjności. Ot, świat staje w obliczu zagrożenia, a nam przychodzi go z tego wyciągnąć – nic nowego. Od ludzi, którzy na koncie mają wiele hitów należących do tego gatunku wymaga się znacznie więcej.

W sumie podobnie sprawa ma się z klimatem – w założeniu akcja Dragon Age’a toczy się w świecie mrocznego fantasy i to widać. Często jednak brakowało mi większej dozy wyrazistości. Sama krew pokrywająca bohaterów po walce to zdecydowanie za mało. Szczególnie, gdy pełno jej nawet po starciu ze szczurami (!), co budzi uśmiech politowania. Przedstawione wydarzenia również nie są specjalnie dramatyczne, może z wyjątkiem początku historii. Dwa fundamentalne elementy stanowiące o świetności produkcji z gatunku cRPG stoją więc na zaledwie dobrym, w porywach bardzo dobrym poziomie. W tym momencie możemy rozstrzygnąć pewną kwestię duchowego spadkobiercy - DA:O nie zasługuje w żadnym stopniu na miano następcy Baldur’s Gate’a, który w obu wspomnianych aspektach po prostu miażdżył.

Czy to znaczy, że nie warto poznać Dragon Age’a? Skąd! Siłą produkcji BioWare jest bowiem niesamowita grywalność. Dawno nie było mi dane w nowym cRPG czytać tak długich, wciągających dialogów, poznawać oryginalnych towarzyszy podróży, długo myśleć nad wyborem ekwipunku i taktyki, której we współczesnych hitach praktycznie nie ma. Obecnie najczęściej wybieramy najlepszy miecz/karabin i lecimy na wroga bez głębszego zastanowienia. Tutaj takie akcje nie są skazane na porażkę jedynie na najniższym poziomie trudności. Gra bowiem jest bardzo wymagająca – od samego początku należy korzystać z aktywnej pauzy, nieustannie monitorować paski zdrowia poszczególnych postaci, wyznaczać im cele, korzystać ze zdolności. Nie ma czasu na zwłokę i błędy, gdyż grając nawet na normalnym, w póĽniejszych etapach rozgrywki często oznacza to śmierć kogoś z drużyny.

Sama walka jednak nie jest zbyt skomplikowana, przynajmniej w obsłudze. Każda postać korzysta ze wspomnianych wcześniej zdolności, dzielonych na bierne, podtrzymywane i aktywowane. Te pierwsze działają zawsze, jeśli tylko je odblokujemy. Drugie muszą zostać uruchomione własnoręcznie i decydują najczęściej o naszym stylu walki, np. czy skupiamy się na obronie czy ataku. Ostatnie bardzo przypominają skille znane choćby z MMO – aktywujemy je, nasza postać wykonuje jakiś atak specjalny (przykładowo mag zamrozi wroga, zaś wojownik powali go tarczą), a zdolność za jakiś czas znów jest dostępna. Używamy ich jednak znacznie rzadziej niż choćby w World of Warcraft, gdyż marnują dużo więcej punktów wytrzymałości/many. Potyczki są bardzo wciągające i satysfakcjonujące, choć mam co do nich jedno zastrzeżenie (o czym póĽniej). Nie dają chwili wytchnienia, zmuszają do koncentracji i rozsądnego korzystania ze zdolności i ekwipunku. Niejednokrotnie po wyczerpującej bitwie na mojej twarzy gościł szeroki uśmiech. A propos – kolejną nowością w gatunku są starcia z udziałem ogromnej liczby postaci. Na ekranie może znajdować się ich nawet kilkadziesiąt! Takie sytuacje dostarczają jeszcze więcej emocji. Dodatkowo wróg ma zazwyczaj przewagę liczebną, dzięki czemu musimy się naprawdę postarać, aby wyjść obronną ręką.

W związku z walką muszę wspomnieć o największej wadzie dzieła BioWare. Chodzi mi mianowicie o zbyt długie zamknięte lokacje oraz nierówny poziom trudności. Samo skomplikowanie map i ich rozmiar aż tak mi nie przeszkadza, choć czasem twórcy przesadzają – długie godziny spędzone na przeszukiwaniu jaskiń i starciach z grupkami wrogów nie są tym, czego oczekuję od cRPG’a z otwartym światem. Nie byłoby jednak tak Ľle, gdyby czas ten zawsze był owocny. Niestety, nie zawsze tak jest. Zdarzało mi się bowiem, że po długim okresie spędzonym na eksploracji nagle natrafiałem na przeciwników, których w żaden sposób nie mogłem pokonać. Nic nie dawały próby ich rozdzielenia, czary obszarowe, różne taktyki – zawsze ginąłem, nieważne jak bardzo się starałem. Zrozumiałbym to, gdyby potyczki już wcześniej były wymagające, jednak bywało tak, iż przez godzinkę swobodnie wyrzynałem sobie drogę do celu, aby u jej kresu nagle paść po krótkiej konfrontacji z bossem. Od razu mówię, że nie pomijałem prawie żadnych zadań pobocznych, więc moja postać wcale nie była słaba. Zdecydowanie nie jest to więc gra dla niecierpliwych...

Podczas naszej podróży po królestwie Fereldenu nie będziemy prawie nigdy sami. Najczęściej będzie nam bowiem towarzyszyć drużyna złożona z trzech osób, które sami możemy sobie dobrać. Osobiście stanąłem przed dylematem, czy wybrać kompanię zróżnicowaną jak należy, czy też zabrać ze sobą tych, których lubię. Ostatecznie zdecydowałem się na ten drugi wariant i jestem zadowolony z decyzji. Nie polecam jej jednak osobom o słabszych nerwach, gdyż brak jakiejś klasy (u mnie był to złodziej) znacząco rzutuje na całą rozgrywkę. „Rodzaje” bohaterów są trzy – wojownicy, magowie i łotrzykowie, każda grupa ma zaś kilku przedstawicieli. Każdy z nich jest inny, oryginalny i na swój sposób ciekawy. Sam najbardziej polubiłem Alistaira, towarzyszącego nam od samego początku Szarego Strażnika, walczącego mieczem i tarczą, czarującą (w przenośni i dosłownie) Morrigan oraz sprośnego, wiecznie pijanego i obleśnego krasnoluda Oghrena, specjalizującego się w broni dwuręcznej. To z nimi spędziłem te 55h potrzebne do ukończenia produkcji.

Relacje z postaciami nie ograniczają się jednak jedynie do eksploracji. Każda z nich posiada specjalny pasek przedstawiający jej stosunek do naszego bohatera. Im bardziej dany osobnik nas lubi, tym większą dostaje premię do kondycji czy many. Uzyskanie czyjejś sympatii nie jest jednakże zbyt łatwe. Przede wszystkim, nasze poglądy muszą się zgadzać z zapatrywaniami towarzyszy. Często bowiem gdy jesteśmy stawiani przed wyborem, inni nie pozostają bierni. Mogą nas poprzeć lub się nie zgodzić, zarówno czynnie, wtrącając się do rozmowy, jak i „po cichu”, kiedy tylko „zarabiamy” u nich minusa, nie słysząc wcześniej wyraĽnego sprzeciwu. Na szczęście nadwątlony szacunek można również odzyskać za pomocą prezentów. Nie jest ich specjalnie dużo, nie da się więc wszystkich w sobie rozkochać, ale na trzy osoby jak najbardziej wystarcza. Podarunki w różnym stopniu podobają się konkretnym przyjaciołom, dlatego czasem warto przemyśleć gest. Całe szczęście te „specjalne”, prowadzące do szczególnego zacieśnienia relacji, mogą być dane tylko jednej osobie.

Pogadać z kompanami da się także w specjalnym obozie, który możemy rozbić dosłownie w każdym miejscu, w którym mamy dostęp do mapy świata. Szkoda tylko, że tematów do rozmów jest dość mało... Ostatnią z ważnych kwestii związanych ze znajomościami są wątki romansowe. Gra oferuje ich kilka, są zrealizowane całkiem ciekawie, jednak finał troszkę rozczarowuje. I nie mówię tu wcale o animowanym przerywniku, zdecydowanie gorszym niż w pierwszym Mass Effect. Zbliżeniu brakuje odpowiedniego... klimatu? We wspomnianej kosmicznej opowieści wszystko było idealnie zaplanowane fabularnie, podnosiło napięcie, sprawiało wrażenie filmowości. Tutaj po prostu dobijamy poziom sympatii do określonej wartości, wybieramy odpowiedni wątek w dialogu i idziemy do namiotu. W przypadku Morrigan ma to jeszcze dalsze konsekwencje, ale to i tak nie to, czego bym oczekiwał.

Choć oprawa wizualna nie jest najważniejszym aspektem tego typu gier, należy się jej kilka słów. Co najważniejsze: dawno nie było tak ładnego cRPG z prawdziwego zdarzenia. Divinity 2 czy Drakensang mogą się schować przy tym, co prezentuje sobą najnowsze dzieło BioWare. Z drugiej strony produkcja nie dorównuje największym hitom z innych gatunków, ale i tak patrzenie na nią sprawia nie małą przyjemność. Największe wrażenie robią perfekcyjne animacje. Zarówno podczas przemieszczania się, jak i walki, wszystko wygląda naturalnie, efekt jest znakomity. Całkiem niezła jest również gestykulacja podczas dialogów, czego niestety nie można powiedzieć o mimice twarzy. Nie kuleje aż tak jak w WiedĽminie, ale wrażeniu daleko do rzeczywistości. Bardzo wysoki poziom prezentuje również strona audio – wspaniałe, nagrane z rozmachem utwory idealnie pasują do klimatu, w odpowiednim momencie potęgują napięcie, podkreślają emocje.

Nie da się ukryć – po dziele BioWare, reklamowanym jako duchowy spadkobierca Baldur’s Gate’a, można by spodziewać się więcej. Fabuła nie absorbuje, klimat jest zbyt mało wyrazisty, zaś struktura rozgrywki skrajnie schematyczna i momentami irytująca. Cóż jednak z tego, skoro produkcja ta jest niesamowicie grywalna? Dawno nie spędziłem przy jednej grze aż tak wiele czasu – ostatnio najdłużej grałem w GTA IV, jednak twór Rockstara dostarczył mi „zaledwie” 30 godzin rozrywki. Dodatkowo DA:O jest cRPG’iem, którego można przechodzić wielokrotnie. Jeśli jeden raz zajmuje około 50 godzin, łącznie będzie ich kilkaset. Cóż, gdy ktoś chce zobaczyć wszystko przed premierą kontynuacji, niech lepiej się pospieszy...


Profil redaktora JayL


Opublikowano: 13.07.2010 06:59