Dragon Age: Początek - Przebudzenie - recenzja

Współczesne wydawanie hitów wygląda mniej więcej tak: najpierw mamy kosztowną kampanię reklamową, w wyniku której bohater(owie) gry lądują w lodówkach graczy, a hype dookoła produkcji rośnie do olbrzymich rozmiarów. Później owy twór trafia na półki sklepowe, przez chwilę nie dzieje się nic specjalnego, zaś po tym nadchodzi czas na największą zmorę wielbicieli wirtualnej rozrywki – DLC, czyli Downloadable Content. Są to mniejsze bądź większe dodatki uzupełniające grę o różne elementy. W przypadku cRPG najczęściej są to zestawy misji starczające na góra pięć godzin rozrywki, kosztujące zaś tyle, co dawniej normalne add-ony w wersji pudełkowej. Te na szczęście ostatecznie jeszcze nie wyginęły i pojawiają się również, choć w mniejszej niż dawniej ilości. Jeden z dwóch największych obecnie hitów BioWare doczekał się zaledwie jednego podobnego rozszerzenia, któremu twórcy nadali tytuł „Przebudzenie”.

Zalety pełnoprawnych dodatków można długo wymieniać, najważniejsza jest jednak jedna – skoro zawartość ta ma trafić na półki sklepowe, musi zaoferować coś naprawdę porządnego. W związku z tym nie ma mowy o kilku zadaniach na krzyż, czy zestawie nowych zbroi dla bohaterów za kilkadziesiąt złotych. Racja, trzeba zapłacić więcej, niż za większość DLC-ków, ale tutaj przynajmniej dostajemy to, czego większość oczekuje od add-onów – przedłużenie rozgrywki znanej z podstawki. W opisywanym przypadku o „przedłużeniu” mówi się w znaczeniu dosłownym, bowiem akcja „Przebudzenia” toczy się tuż po zakończeniu głównego wątku „Dragon Age'a”. W związku z tym wszystkim, którzy „Początku” nie znają, granie odradzam. Tak samo jak czytanie kolejnego akapitu, gdzie omówię warstwę fabularną rozszerzenia.

Plaga została pokonana, Arcydemon zginął w potyczce z naszym herosem i jego drużyną. Sprawy jednak nie potoczyły się do końca tak, jak miało to miejsce dawniej – co prawda większość pomiotów uciekła z powrotem do Głębokich Ścieżek, jednak niektóre pozostały na powierzchni, tworząc zorganizowane armie i napadając okolicę. Wyjaśnienie takiego obrotu sytuacji zostanie powierzone nam, komendantowi Szarej Straży. Jeśli przystaliśmy na propozycję Morrigan w końcówce „Początku”, możemy wcielić się w tę samą postać, którą poprowadziliśmy do zwycięstwa w starciu z ostatnim bossem. W przypadku gdy nasz bohater nie żyje, pozostaje nam stworzenie nowego awatara (co można zrobić tak czy inaczej – przymusu grania starym herosem nie ma). Tak jak poprzednio wybieramy płeć, rasę i klasę, jedynie pochodzenie jest tym razem zawsze takie samo – Szara Straż.

Już przy kreowaniu bohatera dostrzegamy pierwsze nowości w postaci nowych zdolności i umiejętności. Niestety póki co pozostają one zablokowane – dopiero w trakcie kampanii będziemy mogli zainwestować w nie punkty rozwoju. Ogólnie nie jest tego dużo, osobiście wolałem też rozwijać inne skille do maksymalnego poziomu, niż rozpoczynać naukę nowych. Trochę inaczej sprawa ma się w przypadku umiejętności biernych, wśród których zagościły Witalność, Klarowność i Tworzenie Run. Wszystkie są bardzo przydatne – pierwsza zwiększa ilość zdrowia, druga w zależności od klasy manę bądź wytrzymałość, trzecia zaś... cóż, tej chyba nie trzeba tłumaczyć. Magiczne ulepszanie ekwipunku w „Przebudzeniu” ponownie daje niesamowitą frajdę, a możliwość samodzielnego produkowania run sprawia, że z odpowiednią ilością pieniędzy wszystko możemy mieć na zawołanie, praktycznie od zaraz.

Monety stanowią tym razem problem jedynie na początku. Później w tempie wręcz błyskawicznym dorabiamy się setek suwerenów, które gwarantują możliwość wyposażania się bez zerkania na ceny. Szkoda więc, że nowego, interesującego sprzętu jest tu dość mało. Natkniemy się na ledwie kilka wartych zainteresowania sztuk oręża, czy zestawów zbroi. Teoretycznie dzięki temu każda nowa zdobycz powinna cieszyć potrójnie, ale ze względu na małe różnice pomiędzy nimi tak nie jest. Cóż, „Dragon Age” nigdy nie był rajem dla zbieraczy.

Sam dodatek oferuje 10-15 godzin gry, przy czym z odrobiną wprawy i pośpiechem sam wątek główny można przejść w czasie jeszcze krótszym. Jak na rozszerzenie nie jest źle – obecnie wiele produkcji zapewnia single'a o podobnej długości w wersji podstawowej. W porównaniu do bardzo długiego „Początku” czas ten wydaje się jednak bardzo krótki. Tam na zbieraniu armii do obrony Fereldenu można było poświęcić nawet 60 godzin, więc różnica jest znaczna. Zawartość add-ona nie jest niestety niczym specjalnym – większość czasu spędzimy na siekaniu kolejnych grup pomiotów i bandytów, z rzadka zamieniając z kimś kilka słów. Muszę przyznać, iż rozgrywka przypominała mi momentami bardziej ambitnego hack'n'slasha, a dialogi są przecież jedną z największych zalet gatunku. Zmarginalizowano także relacje z członkami drużyny, z którymi teraz nie można nawet normalnie porozmawiać. A szkoda, gdyż niektórzy są naprawdę interesującymi personami. Warto również wspomnieć, iż zaledwie jeden kompan to znajomy z podstawki – mowa o Oghrenie, który ponownie rozbawi nas do łez swymi rubasznymi, prostymi żartami i jednoznacznymi aluzjami. Kilka razy zostaną też przed nami postawione wybory moralne, ale osobiście nie potrafiłem się w nie zbyt mocno zaangażować. Owszem, zastanawiałem się dłuższą chwilę, gdyż decyzje nie są błahe, lecz jednocześnie nie przejmowałem się specjalnie konsekwencjami.

Aspekty techniczne pozostały praktycznie niezmienione. Ponownie więc zachwyca świetna jak na ten gatunek grafika, soczyste walki i dokładne animacje. O wiele lepiej zaprojektowano za to poziomy – teraz nie ma dwóch podobnych piwnic czy jaskiń, wszystkie lokacje w dość dużym stopniu się od siebie różnią. Są bardziej wyraziste, szczegółowe, zwracają uwagę gracza, nie są jedynie tłem naszych działań. Gorzej za to wypada warstwa audio, szczególnie polski dubbing. Widać, iż tym razem EA nie mogło go dopieścić tak, jak w przypadku premiery wersji podstawowej. Często brakuje profesjonalizmu, głosy brzmią sztucznie. Czasem zdawało mi się, jakby aktorzy po prostu nie przykładali się do pracy tak, jak przy okazji tworzenia polonizacji "podstawki". Podczas rozgrywki z głośników dobędą się również nowe kompozycje, tak samo jak w "Początku" zawsze idealnie pasujące do sytuacji. Pod względem oprawy audiowizualnej gra wypada więc ogólnie bardzo dobrze.

Decyzja co do zakupu dodatku zależy głównie od tego, co najbardziej spodobało wam się w „Dragon Age'u”. Jeśli rozmowy, śmiało możecie go odpuścić. Gdy jednak urzekła was walka, rozszerzenie to jest pozycją obowiązkową. Sam uczucia mam dość mieszane. Lubię system starć zaprojektowany przez BioWare, ale w „Przebudzeniu” zdecydowanie za mało jest rzeczy, które można robić między potyczkami. Przez to, jak i przez niski poziom trudności rozgrywka bardzo szybko zaczyna nudzić, aż w końcówce tylko brniemy do przodu, aby wreszcie grę skończyć i odstawić na półkę. Ileż można robić to samo?


Profil redaktora JayL


Opublikowano: 24.09.2010 06:59