Fallout: New Vegas - recenzja

W ciągu ostatnich kilkunastu lat poznaliśmy całkiem pokaźną, jak na grę komputerową, liczbę odsłon postapokaliptycznej sagi Fallouta - legendarną „jedynkę” i „dwójkę”, i po dość długiej przerwie kolejną część, Fallout: Tactics: Brotherhood of steel i Fallout 3, która wprowadziła zniszczone wojną atomową pustkowia w erę 3D. Niedawno w sprzedaży pojawiła się z niepokojem oczekiwana przez fanów serii Fallout: New Vegas.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat poznaliśmy całkiem pokaźną, jak na grę komputerową, liczbę odsłon postapokaliptycznej sagi Fallouta-legendarną „jedynkę” i „dwójkę”, i po dość długiej przerwie kolejną część, Fallout: Tactics: Brotherhood of Steel i Fallout 3, która wprowadziła zniszczone wojną atomową pustkowia w erę 3D. Twórcy celowo zrezygnowali z „cyfrowego” oznaczenia i nie umieścili czwórki w nazwie. Nie jest to więc kolejna, pełnoprawna odsłona serii, jednak nie można jej też nazwać dodatkiem do poprzedniczki. Nie byłoby błędem stwierdzić, że to taki Fallout 3,5, albo jak twierdzą złośliwi, nie bez dania racji, zastępca trójki. Ale skończmy te rozważania, czym jest, a czym nie jest F: NV, skupmy się na tym, co nam oferuje.

Za nową odsłonę gry odpowiada Obsidian Entertainment, studio znane z takich produkcji, jak Star Wars Knights of the Old Republic II, Neverwinter Nights 2 czy Alpha Protocol. Dodatkowym atutem Obsidiana, oprócz doświadczenia, jest również fakt, że w ich szeregach pracuje kilka osób, które związane były z pracami nad pierwszymi częściami Fallouta.
Można więc oczekiwać, że wiedza i umiejętności zebrane wcześniej zaowocują stworzeniem klimatycznego świata przedstawionego. Sukces niestety okazał się tylko połowiczny.
Grę zaczynamy patrząc w lufę pistoletu, zaraz po tym jak wykopaliśmy sobie grób. Na szczęście w porę znajduje nas robot Victor i zanosi ciało do miejscowego lekarza. Temu z kolei udaje się poskładać naszego bohatera z powrotem do kupy. W tym momencie następuje wybór alter-ego gracza. Ustalamy wygląd i imię, podobnie jak było w poprzednich odsłonach gry. Następnie przydzielamy punkty w znanym systemie S.P.E.C.I.A.L. Twórcy zrezygnowali tu z tzw. KOZY, zamiast tego mamy test Rorschacha, przy pomocy którego wybieramy cechy charakteru, jakimi będzie wyróżniała się stworzona właśnie postać. Na koniec dostajemy od doktora kilka stimpaków, broń i oczywiście PipBoy’a, po czym możemy wyruszać w świat. Tu widać kolejne różnice pomiędzy F: NV a "trójką". Nasz bohater nie urodził, ani nie wychował się w ciepłym i bezpiecznym bunkrze, nie próbuje też zbawić świata. Zamiast tego chce się dowiedzieć, kto i dlaczego posłał go do piachu. Bynajmniej nie po to, żeby odbyć z nim przyjacielską pogawędkę. Od tej pory celem gracza jest zemsta.

Świat, który przyjdzie nam przemierzać w grze jest olbrzymi, swoją wielkością przypomina Stołeczne Pustkowia. Niestety, krajobrazy również są łudząco podobne do tych, które już widzieliśmy w poprzednich częściach. Zdaję sobie sprawę, że tworząc grę w klimacie postapokaliptycznym, automatycznie stawia się sobie pewne ograniczenia co do wyglądu lokacji, w końcu świat po wybuchu bomby atomowej nie zachwyca specjalnym zróżnicowaniem pod względem budowy terenów. Podróżując po Pustyni Mojave miałam jednak wrażenie, że niektóre elementy widoczne na monitorze zostały żywcem przeniesione z trójki. Gra, podobnie jak i F3, bazuje na silniku Obliviona, nic więc dziwnego, że grafika i niektóre rozwiązania powielane są od pojawienia się tego tytułu. Wiadomo, że w RPG-ach grafika nie jest najważniejsza, ale chyba czas już na jakieś nowsze rozwiązania.

Nie tracąc czasu, ani wysiłków na udoskonalanie grafiki, Obsidian skoncentrował się na najważniejszym elemencie cRPG-ów – fabule. Dostajemy tu doskonale przemyślane i rozbudowane zadania główne, zapewniające liczne zwroty akcji, które są przeplecione z różnymi wątkami pobocznymi. Same misje, zarówno te najważniejsze, jak i mniej istotne, możemy przejść na kilka różnych sposobów. W zależności od podjętych przez nas decyzji i pomysłów na działania, możemy spodziewać się zaskakująco zróżnicowanych konsekwencji. Ale o tym opowiem za moment. Oprócz zadań głównych i pobocznych występuje tu również coś, co można nazwać luźnymi uwagami, sugestiami rzucanymi od niechcenia przez napotkanych bohaterów niezależnych. Część takich plotek może potem przerodzić się w kolejne misje. Niestety, rozmowy i ich tematyka nie zapisują nam się w dzienniku i łatwo o nich zapomnieć, dlatego nieuważny gracz może mieć problem z podjęciem wszystkich wyzwań, jakie rzuci mu wirtualny świat.

W odróżnieniu od F3, w New Vegas oprócz karmy mamy system reputacji. To kolejny ukłon w stronę „starych” Falloutów. W każdej niemal napotkanej osadzie czy mieścinie możemy wyrobić sobie opinię wśród mieszkańców. Oprócz „miejscowych” reakcji, jakie wzbudzimy w odwiedzonych społecznościach, budujemy reputację w trzech głównych frakcjach, sprawujących władzę w okolicy tytułowego Miasta Grzechu. Są to samozwańczy stróże prawa zwani New California Republic i grupa łowców niewolników czyli Caesar’s Legion. Ważne będzie także to, co o naszych poczynaniach myśli najważniejsza osoba w Vegas – Mr. House. W grze występuje również wiele pomniejszych grup, począwszy od zwykłych bandytów, a na Bractwie Stali kończąc. Naprawdę ciężko jest przejść zadania pozostając obojętnym na wszystkich. Cena neutralności jest wysoka i wiąże się z pominięciem wielu questów, moim zdaniem zbyt ciekawych, żeby z powodu braku zdecydowania odpuścić sobie ich wykonanie. Tak jest. Nigdy nie wiemy, jakie konsekwencje przyniesie nam wykonanie kolejnego zadania. Gra często wymusza na nas podejmowanie wyzwań, często związanych z opowiedzeniem się po któreś ze stron, a wybór nie zawsze jest oczywisty. Każdy krok ma wpływ nie tylko na nasz los, ale również na układ sił w okolicy, stosunek mieszkańców i frakcji do nas, wzajemne relacje między niektórymi z nich, a nawet takie drobiazgi, jak ceny w sklepach. Niekiedy wykonując jedno zadanie zamkniemy sobie drogę do wykonania innego lub w ogóle do możliwości jego otrzymania.
W tym momencie warto również wspomnieć o towarzyszach. Podczas eksploracji pustyni napotkamy kilka osób, które chętnie przyłączą się do nas na pewien fragment podróży. Nie jest to oczywiście drużyna rodem z klasycznych erpegów. Jeśli ktoś spodziewa się nieskazitelnej zbieraniny okolicznych herosów, powołanych do misji ocalenia świata, to na szczęście mocno się zawiedzie. W Falloucie pod tym względem niezmiennie króluje brutalny, ale w tym wypadku jakże cenny realizm. W tym samym momencie może nam towarzyszyć jeden człowiek i jeden robot. Co ważne, możemy im w łatwy sposób wydawać polecenia. Służy do tego kołowe menu, dzięki któremu rozkazy, takie jak postawa, używana broń czy dystans, jaki utrzymują możemy określić o wiele szybciej i bardziej intuicyjnie niż poprzednio. Każda z postaci ma również swoje poglądy, historię i niekiedy rachunki do wyrównania (trochę podobnie jak w przypadku misji lojalnościowych w ME2, chociaż na pewno nie na tak poważną skalę). Ponadto każdy towarzysz daje nam dodatkowy profit, gdy z nami wędruje.

Nowością w grze jest tryb Hardcore, czyli coś, co poważnie utrudni rozgrywkę. Po wybraniu tej opcji stimpaki potrzebują czasu, aby zaleczyć nasze rany; co więcej nie leczą poważniejszych uszkodzeń kończyn: tutaj konieczna jest wizyta u lekarza. Amunicja sporo waży, trzeba też uważać, żeby nie odwodnić swojej postaci; ponadto niezbędny jest regularny odpoczynek. Jednym słowem, robi się nieco bardziej realistycznie i zdecydowanie trudniej, co jest niewątpliwą zaletą. W końcu gry tego typu są czymś na kształt symulatora życia w świecie zrodzonym z wyobraźni. Oprócz tego mamy pięć standardowych poziomów trudności, które możemy w każdym momencie zmienić. Inną wprowadzoną nowością są modyfikacje ekwipunku. Do broni można dodawać lunety, celowniki czy większe magazynki. Istnieje również możliwość zmiany amunicji i przygotowania się w ten sposób do walki z konkretnym przeciwnikiem, w zależności np. od tego czy korzysta z pancerza czy też nie. Przy blasku ognisk można sporządzać środki lecznicze czy różnego typu „pustynne przysmaki”, w warsztacie zbudować minę, granat, stimpaka albo tworzyć własne naboje ze znajdowanych w trakcie gry surowców. Wszystko zależy od tego, jak wysoko mamy rozwiniętą odpowiednią umiejętność.

Gra nie ustrzegła się jednak kilku mniej lub bardziej rażących błędów. Koszmarnym snem każdego gracza, który już wiele w swoim cRPG-owym życiu widział, jest tutaj strona techniczna. Na początek wspomniana przeze mnie już grafika i optymalizacja. Oprawa graficzna jest żywcem ściągnięta z F3 i, powiedzmy sobie to szczerze, mocno odbiegająca od dzisiejszych standardów. Do tego dochodzi jeszcze tragiczna animacja zarówno mimiki, jak i całych postaci.Nie obeszło się także bez licznych bugów i niedoróbek, od których aż roi się na każdym kroku stawianym na jałowej ziemi New Vegas. Nasza postać zablokowała się i nie może się ruszyć, ponieważ zintegrowała się z bliżej nieokreślonym elementem krajobrazu lub wpadła w przedmiot, z którego nie mogła wyjść. Błędy te pojawiają się też niekiedy w stosunku do NPC-ów. Ponadto Pustkowia nader często podzielone są różnego typu niewidzialnymi ścianami, które utrudniają eksplorację i uniemożliwiają wejście do miejsc, które z wyglądu powinny dać się zwiedzić. Podczas ładowania lokacji, gra zbyt często chciała mi przypomnieć, jak ciekawy jest krajobraz ustawiony jako tapeta na moim pulpicie. Nie byłabym nieszczęśliwa, gdyby Fallout tak często nie robił mi takich prezentacji. Na zakończenie wspomnę tylko, że nasi wrogowie, podobnie jak i towarzysze inteligencją, delikatnie mówiąc, nie grzeszą. Podczas walki przeciwnicy potrafią zablokować się w jakimś miejscu i grzecznie czekać, aż ich zabijemy, nie zauważyć, że właśnie zdjęliśmy ze snajperki stojącego obok kumpla, albo bezmyślnie iść na nas z nożem albo pałką, podczas gdy my beztrosko rozsiewamy ołów po okolicy.

Fallout: New Vegas jest bez wątpienia grą ciekawą, na pewno bardziej złożoną fabularnie, niż poprzednia część. Zapewnia wielogodzinną, wciągającą i zdecydowanie nieliniową zabawę. Gra oferuje dość ciężki, ale i niepozbawiony humoru klimat, co chwile zmusza gracza do dokonywania mniejszych lub większych wyborów, a także do zaakceptowania związanych z nimi konsekwencji. Występujące w grze błędy mogą co prawda niejednokrotnie napsuć krwi, ale ogólnie nie obierają radości z poznawania wirtualnego świata. Poza tym większość z tych błędów będzie można naprawić przy pomocy łat lub modów – niektóre z nich są już nawet dostępne.


Profil redaktora Kot_Behemot


Opublikowano: 27.11.2010 05:59