Lemuria: Lost in Space - Recenzja

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 10.07.2017 22:22

Statek kosmiczny Lemuria 7 zaginął na ponad 70 lat. Teraz pojawił się ponownie w Układzie Słonecznym, jednak nie wiadomo, co stało się z członkami załogi. Nie jest też jasne w jaki sposób Lemuria 7 wróciła i dlaczego jest uszkodzona.

Ileż to razy słyszeliśmy podobne historie? Zaginiony statek nagle pojawia się w przestrzeni kosmicznej, lecz nikt nie wie, co na nim zaszło. Schemat wydawałoby się oklepany do bólu, jednakże w Lemuria: Lost in Space na rekonesans wysłany zostaje nie oddział szturmowy, lecz niewielki robot rozpoznawczy Abrix i to właśnie nim kieruje gracz. Ostatecznie to świeże podejście do sprawy "kupiło" mnie i postanowiłem sprawdzić, co do zaoferowania ma najnowsze dzieło polskiego studia EJR.

Niezwykła ekspedycja robota

Już od pierwszych chwil tutorialu gracz nie ma złudzeń, że sterowanie wspomnianym robotem odbywa się wg konwencji typowych przygodówek point n' click. W trakcie wędrówki przez opuszczoną stację robot może zbierać różne rzeczy takie jak fragmenty rur, karty aktywacyjne, gaśnice czy zawory. Przedmioty przydają się przeważnie niedługo później, gdy trzeba ugasić pożar, otworzyć skrzynię z cennym łupem lub naprawić uszkodzone instalacje. Choć Abrix nie posiada typowo ludzkich słabości, to jednak nie jest niezniszczalny. W trakcie eksploracji Lemurii 7 maszyna zużywa płyn chłodzący oraz energię, które musi stale uzupełniać za pomocą znajdowanych chłodziw oraz baterii. Uważać nalezy także na silnie napromieniowane pomieszczenia, które bez zastosowania specjalnej substancji mogą doprowadzić do poważnych awarii i przedwczesnego zakończenia misji. To wszystko sprawia, że ekspedycja Abrixa nabiera iście survivalowego charakteru. Niewłaściwe zaplanowanie podróży lub kręcenie się w kółko, zwłaszcza na wyższym poziomie trudności, może skutkować niepowodzeniem i koniecznością rozpoczęcia gry od nowa.

Lemuria: Lost in Space składa się z ponad stu ręcznie zaprojektowanych pomieszczeń, których eksploracja zajmuje kilka godzin. Projekty poziomów wymagają uważnego rozglądania się i należą do jednych z jaśniejszych stron gry. Tych jest niestety niewiele. Złe warunki panujące na stacji nie są jedynym zagrożeniem dla Abrixa. Robot musi uważać również na maszyny należące do systemów obronnych stacji. Walka z nimi ogranicza się niestety do bezmyślnego klikania i, poza bitwą z ostatnim bossem, nie zawiera w sobie nawet pierwiastka strategii. Część systemów obronnych można wyłączyć za pomocą zdolności hakowania, który na szczęście prezentuje się nieco lepiej.

Włamywanie się do systemów komputerowych Lemurii 7 można podzielić na dwie kategorie. Pierwsza z nich dotyczy hackowania zwykłych terminali, które zawierają w sobie trywialne informacje lub otwierają różne pojemniki. W tym przypadku włam polega na... odpowiedzi na proste pytania z dziedziny astronomii, chemii lub matematyki, np. "Jak nazywa się piąta planeta w kolejności od Słońca?" lub "Którego pierwiastka jest najwięcej w ziemskiej atmosferze?". Robot posiada możliwość ominięcia pytań używając brutalnej siły i tracąc przy tym nieco energii, jednakże większość pytań jest na tyle prosta, że aż wstyd byłoby z niej skorzystać. Na szczęście o niebo lepiej wyglądają włamy do sieci systemów obronnych stacji. W tym wypadku należy pomyślnie przejść logiczną mini-grę o nazwie NetHack. Polega ona na wykorzystaniu dostępnych środków takich jak trojany, wirusy czy robaki do zdobycia większej liczby punktów na poszczególnych węzłach sieci i jej ostatecznego przejęcia. Brzmi skomplikowanie? I faktycznie takie jest. Szkoda, że twórcy gry nie pomyśleli o pokazaniu przykładowej partii NetHacka w tutorialu, ponieważ suche instrukcje pozotawione na bocznym panelu mini-gry nie wyjaśniają wielu jej niuansów. Odnoszę zresztą wrażenie, że SI przeciwnika nie należy do zbyt zaawansowanych i poszczególne partie zawsze można przejść w ten sam sposób. Przeciwnik popełnia bowiem te same błędy oraz identycznie reaguje na złe poczynania gracza. Niemniej koncepcja tych hakerskich szachów jest co najmniej ciekawa i jej twórcom należą się pochwały.

Czy leci z nami projektant gry?

Miłe doznania płynące z mini-gry psuje jednak fabuła. Pomysł wysłania robota do zbadania opuszczonej stacji wydawał się jak najbardziej trafny, jednakże dalsze poczynania jego operatorów oraz odkrywane przez nich sekrety Lemurii 7 nie budzą nawet najmniejszego dreszczyku emocji. Oczywiście Abrix cały czas posiada jasno określony główny cel oraz kilka pobocznych, ale nie zmienia to faktu, że eksploracja stacji wydaje się nudna i pozbawiona głębszej refleksji. Sytuacji nie poprawiają również oklepane kwestie dość drewnianych aktorów, którzy użyczyli głosu ekipie sterującej Abrixem, ani też fakt, że fabuła jest całkowicie liniowa. Gdzie w tym wszystkim owe "RPG", którym chwalili się twórcy gry?

Owszem, pewne elementy RPG można w Lemuria: Lost in Space znaleźć, choć nie są one związane z podejmowaniem decycji fabularnych. Koniec końców większość akcji, jakie wykonuje Abrix, nagradzane są Punktami Doświadczenia. Zdobycie odpowiedniej liczby PD-ków oznacza oczywiście awans na kolejny poziom i możliwość ulepszenia jednej z kilkunastu zdolności robota. Niestety, ale z przykrością muszę stwierdzić, że awansowanie nie jest w ogóle odczuwalne i nie sprawia żadnej frajdy. Raz nawet zdarzyło mi się, że zapomniałem podnieść umiejętności Abrixa przez dłuższy czas i w efekcie uzbierałem PD-ki aż na trzy kolejne poziomy. Nic na mojej drodze nie stanowiło jednak wyzwania na tyle wielkiego, by przypomnieć mi o tym zaniedbaniu.

Produkcji EJR nie ratuje także oprawa audiowizualna. Pod względem graficznym Lemuria: Lost in Space prezentuje się dość przeciętnie. Eksplorację stacji umila całkiem niezła, elektroniczna ścieżka dźwiękowa, lecz niestety składająca się z zaledwie kilku utworw. Nie chodzi jednak tutaj o częste zapętlanie utworów, bowiem nie sposób narzekać na to w grach niezależnych producentów. Można się było za to pokusić przynajmniej o stworzenie unikatowych kawałków na potrzeby najważniejszych momentów fabuły, które pomogłyby stopniować napięcie. Zamiast tego postawiono na całkowitą losowość i w rezultacie przy scenie pełnej krwi oraz trupów potrafią odtwarzać się ambientowe utwory, które kipią wesołością i beztroską. Tak fatalne w skutkach decyzje na poziomie projektowym naprawdę trudno wybaczyć.

Kosmiczna beczka dziegciu na orbicie Jowisza

Lemuria: Lost in Space z pewnością nie będzie należeć do najbardziej udanych gier w portfolio EJR. Polskie studio miało pomysł na naprawdę ciekawą przygodówkę z elementami RPG i survivalu, ale we wzorowy sposób zmarnowało drzemiący w niej potencjał. Nieliczne jasne punkty jak mini-gra NetHack nie są w stanie przesłonić obrazu wtórnej fabuły i złych decyzji designerskich. Dryfującą w pobliżu Jowisza Lemurię 7 najlepiej pozostawić samą sobie.