Branża RPG w 2018 r. - podsumowanie

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 18.03.2019 23:28

Rok 2018 zasłużenie przeszedł na emeryturę. Dla branży komputerowych RPG-ów był to rok dość ciekawy, bowiem do sprzedaży trafiło wiele obiecujących tytułów - być może nie z segmentu AAA, ale i tak dostarczających mnóstwa frajdy. Część z nich spełniła pokładane w nich oczekiwane, inna część - wprost przeciwnie. Oto krótkie podsumowanie najważniejszych gier ubiegłego roku.

Rok izometryków

Miłośnicy izometrycznych RPG-ów, a zwłaszcza tych bazujących na mechanice rozgrywki w czasie rzeczywistym z aktywną pauzą, nie mogą narzekać. 2018 r. przyniósł im co najmniej dwa znakomite tytuły: Pillars of Eternity II: Deadfire oraz Pathfinder: Kingmakera.

Druga odsłona cyklu osadzonego w świecie Eory to w stosunku do pierwszej części Pillars of Eternity “to samo, ale więcej”. Owszem, Obsidian nie szczędził czasu i pieniędzy na nowinki. Mamy zatem zupełnie nowy, nieco piracki setting Archipelagu Martwego Ognia, który wymusił stworzenie mechaniki żeglowania. Jeśli jednak spojrzeć w same bebechy, to są to stare, dobre Pillarsy: interesująca fabuła z wątkami boskimi, ciekawi kompani oraz dużo okazji do wykazania się umiejętności bitewnymi. Oczywiście pozostała też typowa dla Obsidianu liczba bugów i źle zbalansowanych mechanizmów rozgrywki, ale fanów gier tego studia to już chyba nie dziwi. Komu spodobała się pierwsza wyprawa do Eory, temu zapewne spodoba się również Deadfire. Niemniej mimo ciepłego przyjęcia przez graczy oraz prasę, druga część Pillars of Eternity okazała się finansowym fiaskiem. Dodanie turowego systemu walki, który obecnie znajduje się w fazie beta-testów, oraz wydanie gry na konsole może nieco podreperować stan finansów Obsidianu, ale na dzień dzisiejszy trudno z całą pewnością powiedzieć, że w przyszłości zobaczymy kontynuację Pillarsów (choć sam Obsidian jest ku temu bardzo chętny).

Pathfinder: Kingmaker wzbudza znacznie bardziej skrajnie uczucia. Z jednej strony gra została wydana w kiepskim stanie technicznym i nadal, mimo kilku miesięcy patchowania, zawiera w sobie mnóstwo błędów. Z drugiej strony jednak debiutancki projekt Owlcat Games całkowicie spełnił zapowiedzi stworzenia cRPG-a na miarę Baldur’s Gate. Ogromny świat, ciekawi kompani, nieszablonowe misje, wymagający system walki - to wszystko sprawia, że na techniczne grzeszki Rosjan można spojrzeć z pewnym pobłażaniem. Pathfinder: Kingmaker to już dziś ogromna gra, oferująca niestrudzonym odkrywcom grubo ponad 100 godzin rozgrywki, a jej producenci nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Miejmy tylko nadzieję, że zanim na dobre rozpoczną pracę nad dużymi dodatkami, podstawowa odsłona Kingmakera będzie w jeszcze lepszym stanie niż obecnie.

W tym miejscu warto wspomnieć o jeszcze jednej produkcji, której chyba niewielu się tu spodziewało, a mianowicie o Tower of Time. Produkcja polskiego studia Event Horizon być może nie zdobyła światowego rozgłosu, ale z pewnością dostarczyła kilkadziesiąt godzin zabawy niejednemu fanowi izometryków. Tower of Time to tak naprawdę izometryczny dungeon crawler o dość nieskomplikowanej fabule, ale innowacyjnym systemie walki, który łączy w sobie mechaniki RtwP oraz turówki. W zasadzie na pierwszy rzut oka gra nie robi wielkiego wrażenia, jednak, pełne zagadek, przeciwników i losowych łupów labirynty tytułowej Wieży Czasu potrafią wciągnąć na długie godziny. Oby więcej takich zaskoczeń w przyszłości!

Lochy bez smoków? Czemu nie?

Nie samymi izometrykami człowiek żyje, a ubiegły rok dostarczył przynajmniej dwóch bardzo dobrych RPG-ów akcji. Pierwszy z nich to Kingdom Come: Deliverance, które śmiało może stawać w konkury o tytuł gry roku. Warhorse Studios stworzyło unikatowy projekt, który przenosi nas do XV-ego Królestwa Czech i pozwala posmakować prawdziwie średniowiecznego życia, wprowadzając realizm na zupełnie nowy poziom. Wystarczy wspomnieć o tym, że system walki oparty jest na prawdziwych zasadach średniowiecznego fechtunku, a sam bohater może nosić na sobie aż szesnaście (!) różnych warstw ubioru - zupełnie jak prawdziwy rycerz! Wszystko to w połączeniu z ciekawą fabułą oraz znakomitą oprawą audiowizualną sprawia, że Kingdom Come: Deliverance należy wymieniać w jednym szeregu z najlepszymi RPG-ami ostatnich lat. Gdyby tak jeszcze Czesi bardziej przykładali się do poprawiania bugów, otrzymaliśmy produkt niemal idealny.

Kolejnym ciekawym tytułem jest Call of Cthulhu. Nowa gra studia Cyanide łączy w sobie elementy gry RPG z typowo detektywistycznym modelem rozgrywki. Kluczem do sukcesu gry francuskiego studia jest jednak odpowiednie zaadaptowanie na potrzeby gry lovecraftiańskich mitów, czego nie udało się nikomu od ponad dekady. Do tego wszystkiego należy dołożyć całkiem nieźle pomyślany system obłędu, wskutek którego główny bohater może stracić poczytalność, co znacząco wpłynie na rozwój fabuły. Jedynym mankamentem Call of Cthulhu jest to, że jest on bardzo krótki. Niemniej dawno już nie było tak dobrego połączenia RPG i horroru. Kto lubi twórczość H. P. Lovecrafta, ten w grę studia Cyanide po prostu musi zagrać.

Cierpliwość popłaca

W 2018 r. swoje premiery miały też gry, na których wydanie trzeba było czekać bardzo długo - ale opłacało się! Świetnym tego przykładem jest Shadows: Awakening. O problemach Games Farmu z tą grą można byłoby napisać całą książkę. W końcu słowacki deweloper po wielu bataliach sądowych odzyskał prawa do swojej gry i przygotował jej rozszerzoną, zremasterowaną wersję. Efekt? Action RPG, które wciąga na co najmniej kilkadziesiąt godzin, głównie przez wzgląd na unikatowy system przechodzenia między światami demonów i śmiertelników. Must-have dla każdego, kto lubi gry w stylu Diablo, lecz ostatnią produkcję Blizzarda już dawno odrzucił w kąt.

Kolejnym przykładem takiej gry jest Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści. W zasadzie to nawet nie miała być gra, a jedynie kampania fabularna Gwinta, Wiedźmińskiej Gry Karcianej. Podczas produkcji projekt rozrósł się jednak do takiego stopnia, że CD Projekt RED postanowił wydać go jako spin-off sagi. Nie jest to wprawdzie kolejna historia o Geralcie z Rivii - główną bohaterką uczyniono królową Meve - lecz powrót do znanego świata oraz okazja do spotkania wielu starych, dawno niewidzianych znajomych to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Mechanika rozgrywki oferuje bowiem wiele twistów, których nie było w Gwincie, co skutecznie zabija potencjalną nudę. Wojny Krwi powinien spróbować każdy fan Wiedźmina - nawet ten, który nigdy nie przepadał za Wiedźmińską Gra Karcianą.

Jeszcze inny model rozgrywki proponuje The Banner Saga 3. Fanom gier Stoic Studios nie trzeba tego tytułu przedstawiać, zwłaszcza że ostatnia część trylogii mocno bazuje na swoich poprzedniczkach. Deweloperzy wprowadzili wprawdzie pewne zmiany w systemie walki (m.in. fale przeciwników), ale w gruncie rzeczy zmieniło się bardzo niewiele. I bardzo dobrze! Seria The Banner Saga jest dość specyficzna i nigdy nie trafi do większości graczy, lecz jeśli komuś podobały się jej dotychczasowe odsłony, to tym bardziej powinien zapoznać się z “trójką”. Tym bardziej, że Stoicy w końcu odkryli wszystkie fabularne karty i... Niejeden gracz będzie zaskoczony.

Wreszcie nie można zapominać o Atom RPG, które wdarło się do niniejszego zestawienia rzutem na taśmę. Tego izometrycznego RPG-a najprościej można określić jako rosyjską odpowiedź na Fallouta - ale bardzo dobrą odpowiedź! Rozbudowana fabuła, prawdziwy system wyborów i konsekwencji, dobrze wykonany turowy system walki - to wszystko sprawia, że żaden fan izometrycznej post-apokalipsy nie powinien przegapić tego tytułu. Owszem, nie jest on pozbawiony błędów, lecz deweloperzy cały czas pracują nad poprawieniem swojej gry i efekty tego są zauważalne. Oby tak dalej!

Zawiedzione nadzieje...

Niestety, w co najmniej kilku przypadkach nie wszystko poszło tak, jak założyli sobie twórcy. Świetnym tego przykładem jest The Bard’s Tale IV: Barrows Deep. Kiedy kilka lat temu inXile Entertainment z powodzeniem zebrało kilka milionów dolarów na “duchowego spadkobiercę” trylogii sprzed ponad dwóch dekad, obiecywało zupełnie inną grę. Pomijając katastrofalną, niemal niegrywalną premierową wersję gry, inXile zawiodło swoich najwierniejszych fanów, jakby zapominając o korzeniach serii. Owszem, The Bard’s Tale IV: Barrows Deep to bardzo dobry, współczesny dungeon crawler, jednak pod względem rozgrywki zupełnie nie przystaje do pierwowzoru. Deweloper ratuje nieco twarz tym, że wydał Legacy Mode, który pozwala miłośnikom oldschoolowych blobberów poczuć przynajmniej namiastkę złożonych przez Briana Fargo obietnic, a także zapowiedzią wydania darmowego, fabularnego DLC, ale... niesmak pozostał. Wątpliwe, by po kolejnej grze, która nie dotrzymała Kickstarterowych obietnic - pierwszą był Torment: Tides of Numenera - inXile miało jeszcze jakąkolwiek przyszłość w crowdfundingu. Z drugiej strony po niedawnym przejściu studia pod skrzydła Microsoftu, być może wcale nie będzie już go potrzebować.

Podobnych problemów nie miały trzy kolejne, niezależne tytuły: Ash of Gods: Redemption, BattleTech oraz Insomnia: The Ark. Ich twórcy dotrzymali obietnic złożonych na Kickstarterze, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że nie wykorzystali w pełni swojego potencjału.

Ash of Gods: Redemption okazało się interesującym RPG-iem z licznymi wyborami i konsekwencjami, innowacyjnym systemem walki oraz bogatym, mrocznym światem fantasy. Sęk w tym, że główny ciężar leżał na fabule, a ta momentami jest albo niejasna, albo zbyt przegadana. Sporym problemem w dniu premiery okazało się również niezbyt dobre tłumaczenie gry z rosyjskiego na angielski. Późniejsza, polska lokalizacja uratowała nieco sprawę, ale do tego czasu wielu graczy zdążyło już o Ash of Gods zapomnieć.

O BattleTechu również ciężko powiedzieć, że jest produkcją nieudaną - wielu fanów mechów czekało na taką grę latami i w końcu się doczekało. Niestety, kampania fabularna pozostawiła sporo do życzenia, podobnie jak projekty misji, które szybko robią się powtarzalne i zwyczajnie nudne. Na ratunek BattleTechowi pospieszyli modderzy. To właśnie tylko dzięki modom takim jak BattleTech Extended 3025 niektórzy gracze nadal grają w grę Harebrained Schemes, i to świetnie się przy tym bawiąc. Tylko dlaczego za poprawienie produktu musieli się brać modderzy?

Wreszcie mamy grę Insomnia: The Ark, czyli kolejną rosyjską odpowiedź na Fallouta, choć w tym wypadku w dieselpunkowym sosie. Gra Studio Mono zapowiadała się znakomicie, zwłaszcza że twórcy postanowili stworzyć własny system walki, umożliwiający prowadzenie bitew w czasie rzeczywistym. Insomnię pogrzebały jednak dwie sprawy: błędy w tłumaczeniu z rosyjskiego na angielski (widać dla niezależnych deweloperów ze wschodu jest to nadal spory problem) oraz szereg problemów technicznych, które skutecznie odpychały od gry już w dniu premiery. Od tamtego czasu Insomnia: The Ark doczekała się kilku patchy, które poprawiły ją pod niemal każdym względem, ale znów pozostał pewien nieprzyjemny posmak w ustach.

Na koniec warto wspomnieć jeszcze o Vampyrze. Pierwszy eRPeG Dontnod Enteratainment zapowiadał się znakomicie: kto nie chciałby zagrać jako doktor będący wampirem, i to jeszcze w Londynie 1918 r., gdy panowała tam epidemia hiszpanki? Niestety, choć Vampyra faktycznie cechuje niezła fabuła, to jednak koncepcja żyjącego świata, w którym zabicie jednego NPC-a może wpływać na losy całych społeczności, zawiodła na całej linii. Gra szybko robi się powtarzalna w swej mechanice, więc jeśli kogoś nie urzecze setting lub postać dr Reida, to o Vampyrze raczej szybko zapomni.

Jaka piękna katastrofa...

Końcówka roku dla wielu graczy mogła być naprawdę brutalnym doświadczeniem, i to bynajmniej nie z powodu wydania abominacji nazywanej Falloutem 76. Mowa o Underworld: Ascendant, kolejnej grze budowanej na nostalgii, której twórcy wydatnie i ostatecznie udowodnili niedowiarkom, że do stworzenia jakościowego produktu trzeba czegoś więcej niż dobrych chęci i kilkuset tysięcy dolarów zebranych na Kickstarterze.

Underworld: Ascendant zawiodło w każdym aspekcie. Ogromny świat okazał się ciągiem korytarzy. Realistyczny system fizyki, który miał pozwolić graczom na wykonywanie niemal dowolnej czynności, zadziałał fatalnie. Fabuła? Interesujące postaci? A po co to komu? Nie mówiąc już o tym, że w dniu premiery nie funkcjonował nawet system zapisu gry, w rezultacie czego wielu graczy traciło kilkugodzinny progres ot tak. OtherSide Entertainment nie pomogą już przeprosiny, tłumaczenia ani kolejne patche. Underworld: Ascendant nie tylko okazało się grą niegodną kultowych poprzedniczek z serii Ultima, ale w ogóle nazywania tego zlepku kodu grą. Nic nie może wytłumaczyć stanu, w jakim ten produkt pojawił się na Steamie, a pełne goryczy, bardzo krytyczne wypowiedzi wielu fanów tej serii są tego najlepszym świadectwem.

Miejmy jednak nadzieję, że deweloperzy wyciągną z tej lekcji odpowiednie wnioski, ponieważ w ich rękach znajduje się jeszcze jedna, być może nawet cenniejsza licencja - na System Shock 3. Strach pomyśleć, że nowa odsłona tej popularnej serii SF miałaby przyjść na świat w podobnym stanie co Underworld: Ascendant...

Mogło być gorzej

Mimo wszystko rok 2018 w branży RPG należy zaliczyć do udanych. Wśród wyżej wymienionych gier nie brakuje prawdziwych perełek lub przynajmniej nieoszlifowanych diamentów, które mogą dostarczyć wielu godzin zabawy, jeśli tylko przymknie się oko na pewne mankamenty. Miejmy nadzieję, że przyszły rok, na który zaplanowano premiery wielu kolejnych, znakomicie zapowiadających się RPG-ów, okaże się co najmniej równie dobry.