Lodowaty grób - Charlaine Harris - Fragment #1

Stałam na lodowatym, wilgotnym powietrzu, pośrodku tego, co niegdyś było podwórkiem. Okręciłam się, czując, jak buczenie intensywnieje, jakby zmarli coraz głośniej domagali się odnalezienia. Bo tego właśnie pragną – aby poznano miejsce ich spoczynku. Próbowałam coś powiedzieć, zakrztusiłam się, rozkaszlałam.
– Harper? – zawołał Tolliver. – Wszystko w porządku?
Zrobiłam kilka chwiejnych kroków.
– Tu – wykrztusiłam.
– Mój wnuk? Jeff tu jest? – Twyla szła pospiesznie w moją stronę, ciężko dysząc.
Przeszłam kawałeczek dalej.
– I tu – wskazałam.
– Jego ciało jest w częściach?
– Nie, tu jest więcej ciał – wyjaśnił Tolliver.
Wyciągnęłam przed siebie ręce, żeby wzmocnić odczyt. Obróciłam się ponownie, wolniej, zamknęłam oczy i zaczęłam liczyć.
– Osiem – powiedziałam.
– O mój Boże! – jęknęła Twyla, siadając ciężko na pieńku. – Dzwonię po policję.
Musiały ogarnąć ją nagle wątpliwości, bo rzuciła Tolliverowi pytające spojrzenie.
– Harper nigdy się nie myli – zapewnił ją.
Usłyszałam piski wybieranego numeru.
– Co im się stało? – zapytał Tolliver cicho. Wiedział, że właśnie słucham.
Nie odpowiedziałam. Nadeszła chwila, żeby się dowiedzieć. Nie chciałam, żeby ktoś obcy mnie przy tym obserwował.
– W porządku – powiedziałam, otrząsając się. – Tolliver? – chciałam go uprzedzić, żeby w razie czego był gotów.
– Jestem przy tobie – powiedział i poczułam jego dłoń na ramieniu. Stanęłam dokładnie nad jednym z ciał i sięgnęłam w dół. Ujrzałam ziemię, kamienie, przebłysk piekła. To była ostatnia rzecz, jaką zapamiętałam.
***

Ocknęła się? – głos należał do Sandry Rockwell, ale brzmiał dziwnie obco.
– Harper? – tym razem mówił mój brat. – Harper?
Bardzo nie chciałam tego robić, ale musiałam.
– Już – powiedziałam tak słabo, jak się czułam. – Znaleźliście ich?
– Powiedz, co mam robić – zażądała szeryf Rockwell.
Sądząc z tonu, nie chciała tu teraz być.
Otworzyłam powieki i napotkałam zaniepokojone spojrzenie ocienionych kapeluszem oczu. Szeryf Rockwell miała na sobie puchową kurtkę, w której wydawała się dwa razy większa.
– Są tam – zapewniłam ją. – Niech pani da mi chwilkę, a pokażę, gdzie kto leży. I jest ich ośmiu, nie sześciu.
– Skąd pani może to wiedzieć?
Siedziałam na tylnej kanapie wozu Twyli z głową podpartą poduszką.
– Masz, zjedz coś słodkiego – nalegał Tolliver, wyciągając z kieszeni cukierka. Rozwinął go i włożył mi do ust. Z doświadczenia wiedziałam, że zaraz poczuję się lepiej. Trwałoby to krócej, gdybym miała colę.
– Chciała mi pani uwierzyć, zanim cokolwiek zrobiłam – przypomniałam Sandrze Rockwell. – Niech mi pani zaufa i zacznie kopać.
– Jeśli to oszustwo, skończy pani w pace – zagroziła.
– Nie ma sprawy, sama sobie nawet założę kajdanki.
Zebrałam siły, żeby odwrócić głowę i popatrzeć przez okno.
Na posesji stało kilku zastępców, a wraz z nimi Twyla. Jej mina poruszyłaby serce najbardziej zatwardziałego oszusta. Choć może i nie. Natknęliśmy się na kilku podczas naszych podróży – współczucie było im obce. Nie posiadali go w swoim emocjonalnym repertuarze.
– Proszę mi pokazać to miejsce – zażądała szeryf.
Tolliver pomógł mi wysiąść i powoli ruszyliśmy na miejsce, gdzie zemdlałam. Drżąc na myśl o ponownym doświadczeniu emocji towarzyszących śmierci, podeszłam tam, gdzie wyczułam najświeższe zwłoki.
– Tutaj. – Wskazałam palcem ziemię pod stopami.
Wiedziałam też dobrze, czyje to ciało. Jeff, wnuk Twyli. Tolliver wyłowił z kieszeni kołonotatnik i nakreślił na szybko szkic terenu.
– To Jeff, Jeff McGraw – zwróciłam się do niego. – Został uduszony.
Tolliver oznaczył wskazane miejsce taśmą. Chorągiewka falowała nieznacznie na lekkim wietrze.
Później objął mnie i wziął za rękę. Powiodłam go kawałek pod górkę, zatrzymując się w miejscu kolejnej mogiły. Z oczu popłynęły mi łzy. Nigdy nie odczuwałam takiego ogromu cierpienia.
– Tu – wykrztusiłam. – Chester. – Kilka metrów dalej leżało ciało chłopca, o którym szeryf Rockwell nie wspomniała. – Ma na imię Chad, Chad... Coś na T.
Szeryf robiła własne notatki. Zastępcy słuchali i obserwowali scenę, ale ich miny wyrażały sceptycyzm, a nawet rozdrażnienie. Nic nie mogłam na to poradzić, niebawem sami się przekonają.
Ruszyłam, kierując się sygnałem dochodzącym z miejsca pod stromym zboczem. Aby tam dotrzeć, musiałam pokonać kępę krzewów. Otarłam twarz chusteczką.
– Dylan – rzuciłam i skręciłam za dom. Szeryf i jej zastępcy deptali mi po piętach. – Aaron. Wspominała pani o Aaronie, tak? – Parę kroków na południe.
Tym razem było trudniej. W chwili śmierci chłopcem całkowicie zawładnęła groza i panika.
– To chyba Tyler – powiedziałam i skierowałam się do ciała leżącego najbardziej na południu. Wiedziałam, że to najstarsza mogiła, gdyż wibracje były nieco słabsze niż w przypadku pozostałych.
– To pierwsza ofiara – zwróciłam się do szeryf, która szła obok, nieprzerwanie robiąc zapiski. Nie miała problemów z nadążaniem za mną, bo ledwie trzymałam się na nogach. – Nazywał się... – Potrząsnęłam głową, próbując się bardziej skoncentrować. – James. James coś tam. Ray... Roy... James Roberts? Nie mogę... Nie wiem dokładnie, jak miał na nazwisko. Chodźmy stąd, Tolliver – jęknęłam wyczerpana. Nieopodal znajdowało się jeszcze jedno ciało, chłopca imieniem Hunter. Słaniałam się już, kiedy tam doszłam.
Zmarł w wyniku hipotermii. Był jednym z tych uprowadzonych jesienią.
– Mogę już zawieźć siostrę do miasta? – zapytał Tolliver. – Musi się położyć.
– Nie – odparła szeryf przez zęby. – Najpierw musimy to sprawdzić. – Chciała mieć mnie pod ręką, w razie gdyby okazało się, że kłamię. – W którym miejscu mamy zacząć kopanie?
Potrząsnęłam głową.
– Obojętne. Wszystkie są oznaczone chorągiewkami.
Twyla powoli wróciła do samochodu. W tym momencie byłam szczęśliwa, że nie czytam w myślach żywych. Samo wyobrażanie sobie, przez co teraz przechodziła, bolało, a przecież było to nic w porównaniu do ogromu jej prawdziwego cierpienia.
Mimo to kiedy wsiedliśmy do cadillaca, włączyła silnik i podkręciła ogrzewanie. Całe wieki siedzieliśmy skuleni na fotelach, bez słowa. W głowie mi szumiało, nie mogłam zebrać myśli. Mój umysł opanowały przerażające obrazy, jakie odebrałam od zmarłych chłopców. Nie patrzyłam, co dzieje się w obejściu starego domu, ale Twyla obserwowała poczynania stróżów prawa.
– Wykopali już pół metra – odezwała się wreszcie.
– Fatalna pogoda na pracę pod gołym niebem. Mam nadzieję, że Dave i Harry nie złapią kataru. A tym bardziej Sandra.
Pomyślałam, że sama chętnie poczekałabym na lepszą pogodę, ale zmilczałam.
To było moje pierwsze masowe morderstwo.
Tuż przed jedenastą Dave i Harry, zastępcy szeryfa, odkryli pierwsze kości. Prace wykopaliskowe ustały nagle i był to bardzo wymowny przestój. Szeryfowie tkwili bez ruchu, zapatrzeni w wykopaną dziurę. Nie zauważyłam nawet, kiedy wykręciłam głowę. Teraz wyprostowałam się, przyjmując wygodniejszą pozycję. Tolliver i Twyla spojrzeli na mnie.
– Mój wnuk?
Spodziewałam się tego pytania.
– Nie. Zaczęli od tego, który leży w północnej części działki. Przykro mi, Twyla. Mogiła twojego wnuka to ta, którą oznaczyliśmy jako pierwszą. Przykro mi, że w ogóle jest pośród innych – nie miałam pojęcia, jak inaczej to ująć.
– Nie może pani być całkiem pewna – w jej głosie słyszałam wahanie. Znałam Twylę Cotton dopiero od kilku godzin, ale już wiedziałam, że niepewność nie leży w jej charakterze.
– Nie, oczywiście – skłamałam. Moja dziwna umiejętność jest wszystkim, co mam. Oprócz Tollivera i młodszych sióstr przyrodnich. Jestem bardzo ostrożna, jeśli chodzi o mój dar, nie wydaję opinii, dopóki mam choć cień wątpliwości. Chłopiec, którego widziałam w jednej z mogił, był z pewnością tym samym, którego przedstawiały zdjęcia w domu Twyli Cotton.
– Jak... W jaki sposób oni zginęli?
Tego pytania obawiałam się najbardziej.
– Nie mogę... – nie byłam w stanie dokończyć zdania. – Naprawdę nie mogę – stwierdziłam stanowczo.
Tolliver skrzywił się i odwrócił wzrok ku drodze, która wiła się pod górę i znikała za zakrętem. Nie trzeba jasnowidza, żeby się domyślić, że wolałby teraz jechać szosą, zostawiając to miejsce daleko za sobą. Ja zresztą marzyłam o tym samym. Było mi słabo od koszmaru, który stał się moim udziałem.
Widziałam wiele śmierci i myślałam, że uodporniłam się już na straszne uczucia, które czasem jej towarzyszyły, jednakże nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z czymś tak potwornym.

Mrozie
Zobacz komentarze ()

Komentarze

Ostrzeżenie

Komentowanie jest zarezerwowane dla zarejestrowanych użytkowników. Zaloguj się poniżej lub zarejestruj - za darmo i w mniej niż 2 minuty!

Zaloguj się
Nie zalecane na współdzielonych komputerach
Szybsze logowanie
Dołącz do nas na Facebooku! Dołącz do nas na Facebooku!
Dołącz do nas na Twitterze! Dołącz do nas na Twitterze!
Dołącz do nas na Twitterze! Zasubskrybuj informacje z Enklawa Network w Google News!