Pani Śmierci - Terry Goodkind - Recenzja

Profil redaktora Shane


Opublikowano: 23.09.2017 00:35

„Miecz Prawdy” – wielotomowe dzieło życia Terry’ego Goodkinda – zakończyło się wraz z wydaniem w roku 2015 tomu „Serce wojny” (w Polsce początek 2016). Była to szesnasta (sic!) część opowieści o Richardzie i Kahlan. Nic więc dziwnego, że wiadomość o tym, że to już koniec, fani cyklu przyjęli dwojako – trochę z żalem, a trochę z ulgą. Nie trzeba było jednak długo czekać, by autor przekonał się, że kury znoszącej złote jaja nie zabija się tak łatwo... no i mamy tego efekt!

„Pani Śmierci” teoretycznie nie jest częścią składową poprzedniego cyklu. Ale, ale! Świat ten sam, bohaterowie ci sami, wydarzenia rozgrywają się krótko po tych opisanych w „Sercu Wojny”... Realnie więc niewiele się tu zmieniło. Tyle tylko, że przywilej bycia główną parą bohaterów mają teraz czarodziejka Nicci i prorok Nathan - świetnie znani wszystkim czytelnikom, do tej pory przyboczni Richarda. Nie słyszymy więc już zbyt wiele o dzielnych poczynaniach Poszukiwacza Prawdy ani nieprzemyślanych wybrykach spowiedniczki Kahlan (za to ostatnie chwała autorowi, bo postać ta z tomu na tom irytowała coraz bardziej). Nicci wraz z Nathanem wyruszają w podróż po dotąd nieznanych krańcach świata podległego teraz władcy imperium D’Hary. W imieniu lorda Rahla zanoszą tam wieść o kresie ciemięskich rządów i idącym nowym porządku. Przy okazji, jak to u Goodkinda, mają także inny cel – przywrócenie utraconej mocy Nathanowi, którego dar nie wiedzieć czemu gdzieś przepadł.

Czytając „Panią Śmierci” miałam wrażenie, że autor omija trochę główny wątek, a za to pakuje bohaterów w kolejne „małe przygody”, z którymi po drodze muszą się zmierzyć. Znając już trochę specyfikę twórczości Goodkinda można łatwo wysnuć wniosek, że te zabiegi mają na celu jedno – stworzenie kolejnego wielotomowego cyklu. Główny wątek opowieści przez całe 500 stron posunął się do przodu o jeden mały krok. Nie można narzekać jednak na jakość wspomnianych „małych przygód” – są epickie, rozdmuchane, dynamiczne i dramatyczne, czyli dokładnie takie, do jakich nas przyzwyczajono przez ostatnie szesnaście tomów. Mimo to przez jakiś czas miałam wrażenie, jakbym wykonała już główny wątek gry, a teraz bawiła się w zadania poboczne. Każdy gracz zna to uczucie – kiedy plątasz się po świecie w poszukiwaniu czegoś do roboty. Takie uczucia towarzyszyły mi podczas czytania pierwszego tomu nowego goodkindowego dzieła. Celowo zaznaczam: pierwszego tomu, bo już pachnie dużą epicką przygodą w tomach następnych, liczę więc, że wrażenie „poboczności” się nie powtórzy.

Nie mogę nie wspomnieć o czymś, co w moim odczuciu jest ogromnym plusem – wydawnictwo wróciło do koncepcji oryginalnej ilustracji na okładce, dzięki czemu w końcu pasuje to do reszty, a co najważniejsze – do treści. Całe szczęście, bo ostatnie dwa tomy – „Skradzione dusze” i „Serce wojny” to była okładkowa porażka dekady. Tandeta nie wnosząca zupełnie niczego i nie dająca się odnieść do zupełnie niczego – z rzędu tych, które można stworzyć na lekcji informatyki sklejając losowe obrazki z Internetu. Na szczęście Goodkind broni się nazwiskiem i okładkowe faux pas raczej nie zaszkodziło sprzedaży. W każdym razie za wybrnięcie z gąszczu ilustracyjnej beznadziei wydawnictwu należy się poklepanie po pleckach.

Podsumowując - każdy czytelnik Goodkinda i tak sięgnie po tę powieść, więc tych zupełnie nie trzeba zachęcać. Zastanawiam się, co z czytelnikami, którzy szesnastki wcześniejszych nie przeczytali (bagatela 9009 stron) – czy oni odnajdą się w Nowym? Nie ma tu zbyt wielu wątków z przeszłości, więc być może tak, zwłaszcza, że autor swoim zwyczajem wyjaśnia i przypomina co ważniejsze rzeczy z konstrukcji swojego świata. Dla mnie, jako czytelnika, który Goodkinda trawi od 17 lat i na każdy tom musiał czekać kolejne lata – lektura „Pani śmierci” była dobrą rozrywką. Kolejny tom też przeczytam, choć od lat marudzę, że już tego za dużo.