Elantris - Brandon Sanderson - Recenzja

Brandon Sanderson to młody i obiecujący pisarz, zaś opisywane tu „Elantris” to jego debiut. Książka z miejsca została okrzyknięta jedną z najlepszych powieści fantasy ostatnich lat, dlatego też moje oczekiwania co do niej były ogromne.

Dodatkowo potęgowało je zapoznanie się z drugim dziełem Sandersona, powieścią „Z mgły zrodzony”, ogólnie uznawaną za słabszą od „Elantris”, jednak wciąż trzymającą bardzo wysoki poziom. Nareszcie, po wielu trudach (nakład się wyczerpał, więc ciężko obecnie zdobyć tę pozycję) dostałem tomiszcze (prawie 700 stron) w swoje niezgrabne łapska.

Sam początek, czyli prolog powieści, jest nadzwyczaj intrygujący. Przedstawia on – choć bardzo skąpo – zarysy fabuły. A było to tak: w pewnym królestwie zwanym Arelonem istniało tytułowe miasto Elantris. Nie była to jednak w żadnym przypadku zwykła mieścina – piękne budowle z jasnego kamienia, niespotykana czystość, wręcz widać było poświatę się nad nim unoszącą. Jeszcze bardziej niezwykli byli jednak mieszkańcy owego miasta – mieli srebrzystą skórę i długie, piękne, białe włosy. Prócz wspaniałego wyglądu posiadali jednak coś więcej – moc. Samymi gestami potrafili leczyć, przemieniać wszelkie rzeczy w żywność, naprawiać. Dodatkowo byli prawie nieśmiertelni – ich rany goiły się w nieziemskim tempie. Byli ponad wszelkimi potrzebami, byli Bogami władającymi po kres czasów, czczonymi przez wieczność. Jednak, cytując zakończenie prologu, (wykorzystane zresztą na tylnej okładce) „Wieczność skończyła się dziesięć lat temu.”.

Wtedy to nastąpiła Reod, która zniweczyła wszystko, zmieniając Bogów Arelonu w, jak się zdawało, demony. Ciała Elantrian straciły blask, pojawiły się na nich plamy, rany przestały się goić, ich serca przestały bić. W wyniku narastającego bólu, wielu popadło w obłęd. Elantris z raju przeistoczyło się w piekło. Po dziesięciu latach od katastrofy rozpoczyna się akcja „Elantris”, genialnej powieści Brandona Sandersona.

Nie chcę Wam zdradzać nic więcej z fabuły, gdyż jest ona naprawdę powalająca. Co prawda, po początkowym wstrząsie spowodowanym poinformowaniem czytelnika o Reod, następuje parę setek stron względnie „tylko” dobrego wprowadzenia bohaterów i zaznajomienia ze wszystkim, co tylko autor chciał nam wpoić przed rozpoczęciem właściwej, powalającej tempem i rozmachem akcji, która rozpoczyna się już mniej więcej w okolicach 300 strony i nie pozwala nam odpocząć, ani oderwać się od kart powieści choćby na chwilę. Zwroty akcji występują wtedy bardzo często, co parędziesiąt stron, aż do końca. Jednak przy swojej intensywności wciąż mają ogromną siłę rażenia, w przeciwieństwie np. do „Myśli Tysiąckrotnej” Bakkera, gdzie podobne wydarzenia zdarzały się równie często, jednak autorowi czegoś brakowało, aby nie uczynić z nich chleba powszedniego i nie doprowadzić do znudzenia. Sanderson to „coś” posiada, dzięki czemu każdy kolejny zwrot wprawia nas w osłupienie nie mniej niż poprzedni.

Wracając do samej historii – jej głównymi bohaterami są księżniczka Sarene i książę Reoden, niedoszli małżonkowie. Akt ten miał co prawda odbyć się ze względu na politykę, a konkretniej sojusz między Teod, ziemią Sarene i Arelonem, gdzie mieszkał Reoden. Jednak bohaterowie podczas swoich rozmów zaczęli żywić nadzieje na coś więcej. Sarene, księżniczka Teod to kobieta asertywna, zawsze mająca własne zdanie, o nieprzeciętnej inteligencji, można rzec „kobieta wyzwolona”, przez co pozostawała starą panną. Była wysoka i ładna, choć ucieleśnieniem piękna nazwać jej nie można. Ludzi zjednywała sobie raczej inteligencją, niż wyglądem, choć niestety wielu też właśnie z tego powodu od niej uciekało. Reoden to książę Arelonu, syn króla Iadona, uwielbiany przez wszystkich ze względu na swoje stanowcze i o wiele lepsze od ojca poglądy. Niedoszły król jest inteligentny, świetnie walczy. To właśnie wokół nich znajduje się trzon akcji, uświadczymy jednak także sporo postaci drugoplanowych, jak burkliwy i pesymistyczny, budzący tym jednak jak najmilsze uczucia, Galladon.

Książka nie emanuje humorem, jednak często jest się do czego uśmiechnąć, czasem nawet szeroko, choć na szczery głośny śmiech nie mamy co liczyć. Nie ten adres, mimo iż powieść nie należy do najcięższych – przedstawione w niej pod koniec wydarzenia są dramatyczne, ale nie odciskają na nas wielkiego piętna, bo i nie o to w „Elantris” chodzi. Chodzi o piękną, poruszającą historię, która w pamięci na pewno pozostanie. Nie zawaham się powiedzieć, że „Elantris” to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza powieść, jaką czytałem w swoim krótkim życiu.

Z tego powodu żałuję, że to „Z mgły zrodzony”, a nie „Elantris” stanowi wstęp do trylogii. Chętnie poznałbym dalsze losy Elantrian. Polubiłem ten świat, tych bohaterów. Książka ta zmieniła moje spojrzenie na inne historie, zdecydowanie podniosła poprzeczkę. Na pewno do „Elantris” wrócę, gdyż jest to naprawdę piękna powieść. Nie jest co prawda idealna – zbyt długo jest ledwie dobra, nie uosabia też w sobie wszystkiego tego, co chciałbym w ideale widzieć. Ma świetne zakończenie, które, choć nie zmusza do filozoficznych rozmyślań, sprawia, że jeszcze długo po skończeniu czytania będziemy rozpamiętywać pierwsze dzieło Brandona Sandersona. Naprawdę wielkie dzieło, które chyba na zawsze pozostanie w mej pamięci.


Profil redaktora JayL


Opublikowano: 21.03.2009 23:59