Cyberpunk 2077. Recenzja oficjalnej książki o świecie gry Marcina Batyldy

Oj nie spieszą nam się Redzi z tym Cyberpunkiem. Za każdym razem, kiedy wydaje się, że już za chwileczkę, już za momencik chwycimy wreszcie za pady lub myszy, czeka nas przykra niespodzianka i kolejna obsuwa. Dobrze to czy źle ciężko ocenić, ale doczekać się trudno. W ramach przedsmaku można więc sobie zafundować oficjalną książkę o świecie gry i nieco się do sesji przed monitorem przygotować.

Choć w przeszłości siedziałem z kuzynami przy niejednym papierowym RPG-u (czasem bardzo egzotycznym), to Cyberpunk jakimś cudem nas ominął. Co za tym idzie w sprawie tutejszych realiów jestem kompletnie zielony i wszystkiego muszę uczyć się od nowa. Zakładam jednak, że w podobnej sytuacji jest znaczna część zainteresowanych, zatem pojawia się pytanie, czy dzieło Marcina Batyldy w istotnym stopniu pomoże w nadrobieniu zaległości. Cóż: i tak, i nie.

Zacznijmy od tego, że obszerne, liczące blisko 200 stron tomiszcze w formacie A4 kojarzy się raczej z Kroniką WoW niż z pozycją wchodzącą niegdyś w skład kolekcjonerki Wiedźmina 3. Nie brakuje tu rzecz jasna licznych i w większości udanych ilustracji (doceniam zwłaszcza te stylizowane na reklamy), ale znajdzie się też coś do poczytania. Na początku czekał mnie niestety spory zgrzyt, bo rozdział o przeszłości tutejszego świata potraktowano po macoszemu i na dobrą sprawę dowiedziałem się z niego niewiele ponad ogólniki o licznych wojnach pomiędzy korporacjami oraz upadku USA w znanej współcześnie formie. Tyle to akurat mogłem się sam domyśleć.  

 

Część poświęcona kluczowemu dla gry AD 2077 wypada jednak lepiej. Poznałem najważniejszych graczy na rynku wszczepów, broni i pojazdów oraz zgłębiłem niektóre prawa i zwyczaje obowiązujące w Night City. Najciekawsze okazały się rozdziały o dość mglistym do tej pory (przynajmniej dla nowicjusza) braindansie i netrunningu. Ten pierwszy jest czymś w rodzaju zaawansowanej symulacji pozwalającej przeżywać cudze emocje (co rzecz jasna szybko znalazło wykorzystanie w najróżniejszych dziedzinach życia – od lecznictwa, po rozrywkę i seks). Drugi to osobliwie rozumiane surfowanie po sieci, która sama w sobie - wbrew pozorom - nie w każdym względzie jest doskonalsza od współczesnej, bowiem uboższy jest choćby zasięg. Autor poświęcił także sporo miejsca samemu Night City i pokusił się o krótkie rysy poszczególnych dzielnic i zamieszkujących je organizacji. Dzięki temu napotykając na swojej drodze członka takich choćby Voodoo Boys, będę już wiedział, czego mniej więcej się po nim spodziewać. Nie, nie podejrzanych naparów i tandetnych laleczek. A przynajmniej nie tylko.

Problem w tym, że większość tematów zaledwie nadgryziono, co z jednej strony jest zrozumiałe (i tak zajęło to przecież prawie 200 stron…) z drugiej zaś rozczarowujące, bowiem na dobrą sprawę można by się bez tego wszystkiego spokojnie obyć. Kompletne świeżaki, takie jak ja, nabiorą może podstawowej wiedzy, ale ekspertami żadną miarą nie zostaną. Weterani mogą liczyć co najwyżej na przyjemny w odbiorze gadżet. Nie twierdzę, że to coś złego – uprzedzam jednak, że to raczej atrakcyjnie wyglądający wpis na blogu niż rzeczowy podręcznik do historii. Dobre i to, skoro pograć wciąż nie można.


Profil redaktora Murky


Opublikowano: 05.11.2020 13:34