Serce Lodu - Arkady Saulski - Recenzja

Serce Lodu - czym jest? Artefaktem, machiną, manifestacją potężnej magii? Tego nie wie nikt - nawet najwyżej postawieni władcy i duchowni hierarchowie Imperium Serańskiego. Wiedzą jedynie tyle, że pogrzebane przed wiekami w odległym Karhanie Serce Lodu zapewnia swojemu właścicielowi olbrzymią moc. Moc, którą każdy możny chciałby posiadać na wyłączność…

Arkady Saulski w swojej najnowszej powieści zabiera czytelników w niezwykłą podróż do brutalnego, dość klasycznego świata fantasy. Autor, który do tej pory znany był z twórczości utrzymanej w gatunku science-fiction, tym razem postanowił sięgnąć po miecz i magię, tworząc zupełnie nowe uniwersum. Być może “zupełnie nowe” nie jest tu określeniem najszczęśliwszym, ponieważ miejsce akcji Serca Lodu nie różni się zbyt wiele od setek innych światów fantasy. Nie ma w nim wprawdzie miejsca dla elfów czy krasnoludów, jednak jest to wręcz podręcznikowe uniwersum low-fantasy - z upadającymi królestwami, rodzącymi się imperiami oraz istotną rolą hierarchów duchowych. Największą innowacją jest system magii, która objawia się w formie glifów - znaków i symboli, które potrafią kształtować rzeczywistość na swój sposób, a być może (?) są nawet obcymi istotami z innego świata. Niejasna natura sprawia, że magia jest powszechnie zakazana, co bynajmniej nie oznacza, że jest całkowicie nieobecna. Niemniej koncepcja całego systemu jest świeża i bardzo ciekawa, a stworzony przez Saulskiego świat jest spójny i działa według logicznych założeń.

Skoro już mowa o uniwersum Serca Lodu, to liczy sobie ono setki, jeśli nie tysiące lat, choć w omawianej powieści czytelnik poznaje jedynie fragment tej historii. Jej bieg mogą wkrótce zmienić nowi bohaterowie: Erin Barinor, najemnik, oszust i wagabund, z zamiłowania badacz glifów oraz Seth, ksiądz Kościoła, który otrzymuje misję, by wyciągnąć wspomnianego wcześniej watażkę z kabały, w jaką się wpakował, i z jego pomocą zdobyć dla Papieża tytułowe Serce Lodu. W tym samym czasie do wyścigu o domniemany artefakt przystępuje cesarzowa, która organizuje ekspedycję pod dowództwem swego zaufanego agenta imieniem Ranfar. Obie grupy już niebawem postawią swoje stopy na Karhanie, kontynencie ze wszech miar dzikim, który przed wieloma wiekami stał się areną Wojny Magów i po dziś dzień skrywa niejedną tajemnicę. Co gorsza, do cywilizowanego świata dochodzą wieści, że karhańscy barbarzyńcy - dotąd podzieleni na dziesiątki wzajemnie nienawidzących się plemion - zaczęli się jednoczyć w bliżej nieokreślonym celu. Ktoś, komu udało się tego dokonać, musi jednak władać olbrzymią mocą i ani Cesarstwo, ani Kościół nie chciałyby się zetknąć z tą potęgą u swoich bram.

Historia biegnie wielotorowo. Czytelnik śledzi losy Erina i Setha, Ranfara i jego najemników, a niekiedy nawet barbarzyńców. Początkowo dzieje się to naprzemiennie, jednak szybko przygody pierwszej dwójki bohaterów zdają się uzyskiwać najwyższy priorytet, pozostawiając pozostałe dwie grupy w cieniu. Zdaje się, że nie był do końca przemyślany i/lub zamierzony efekt, ponieważ wprowadza do fabuły sporo zbędnego zamętu. Można wręcz odnieść wrażenie, że Saulski posiadał jakiś pomysł na znacznie obszerniejszą historię, jednak ostatecznie chciał lub musiał przyciąć ją tu i ówdzie, czego rezultatem jest właśnie brak symetrii pomiędzy poszczególnymi wątkami.

Sami bohaterowie Serca Lodu też wywołują mieszane odczucia. Ich konstrukcja przywołuje na myśl archetypy postaci z kanonu heroic fantasy. Seth to typowy kapłan, oddany Papieżowi oraz swoim ideałom, który nie grzeszy gadatliwością. Erin jest jego przeciwieństwem. To dość wesoły wagabund o ciętym języku i mrocznej przeszłości. Ranfar? Agent, zabójca, człowiek od zadań specjalnych. Do tego wszystkiego należy doliczyć piratów, najemników, barbarzyńców i wszystkich innych Karhańczyków, którzy jednak stanowią tylko tło. Owszem, należy przyznać, że niemal każda z tych “archetypicznych” postaci została dobrze zaadaptowana na potrzeby uniwersum i spełnia powierzoną jej rolę, ale żeby zapamiętać kogokolwiek z nich na dłużej? Bez szans.

Szczególne rozczarowanie wywołuje wątek Ranfara. W pierwszych rozdziałach Serca Lodu losy zabójcy oraz jego zabijaków śledzi się z o wiele większym zainteresowaniem niż przygody Setha i Erina. Sęk w tym, że im dalej w las, tym mniej miejsca poświęca się agentowi i jego świcie. Towarzysze Ranfara, którzy byli materiałem na naprawdę ciekawe postaci drugoplanowe, nie zaprezentowali nawet ćwierci swojego potencjału. W ostatecznym rozrachunku łatwo przypiąć im łatkę “tych złych”. Wielka szkoda, ponieważ gdyby poświęcić więcej czasu na ich rozwój, historia mogłaby nabrać prawdziwych rumieńców.

Najbardziej niezrozumiałe jest jednak pojawienie się karhańskiej łowczyni-mścicielki imieniem Salani, która staje na drodze bohaterów niczym deus ex machina i przez pewien czas pomaga Erinowi oraz Sethowi w realizacji ich działań. Kiedy jednak jej rola dobiega końca, czytelnik zaczyna zadawać sobie pytanie, czy spotkanie z nią miało jakikolwiek inny sens niż poszerzenie wiedzy o świecie przedstawionym? Trudno bowiem znaleźć racjonalny powód, który uzasadniałby jej istnienie.

Nieco lepiej Saulski poradził sobie z dialogami. Być może brakuje im błysku, być może niekiedy bohaterowie próbują być na siłę śmieszni, ale poza tym trudno zarzucić autorowi błąd w sztuce. Może poza jednym wyjątkiem: relacjach Erina z pewną piękną niewiastą, w której najemnik zakochuje się bez pamięci. Konia z rzędem temu, kto spodziewałby się, że znany wszem i wobec awanturnik zacznie się zachowywać w obecności swej wybranki jak niedojrzały szczeniak. Czytając perypetie tych dwojga, czytelnik niejednokrotnie zachodzi w głowę, co się do diaska dzieje z tym Erinem?! Jest to poważna rysa na postaci, którą pod każdym innym względem skonstruowano w poprawny sposób.

W ostatecznym rozrachunku Serce Lodu to fantastyka heroiczna z niewykorzystanym potencjałem. Odnoszę wrażenie, że Saulskiego było stać na wiele więcej, lecz nie wykorzystał swojej szansy i końcowy efekt jest co najwyżej przeciętny. Spójny świat przedstawiony i ciekawy system magii to zdecydowanie za mało, by wyróżnić się spośród setek innych tytułów fantasy, jakimi współcześnie jest zalewany rynek literacki. Niemniej jeśli autor wyciągnie wnioski i wykorzysta nabyte doświadczenie, to kolejna wyprawa do Karhanu może być znacznie strawniejsza.


Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 12.03.2020 22:04