Księga wojny - Antologia - Fragment #7

Starzec miał brodę koloru światła księżyca i tej samej barwy włosy sięgające aż za ramiona. Śnieżnobiała szata, w jaką był odziany, spływała szerokimi fałdami niemal do samej podłogi. Uśmiechnął się, widząc, że chłopiec się obudził.

— Jestem przyjacielem, Sebastianie — powiedział miękko i uniósł otwartą dłoń w geście pokoju. — Nie musisz się mnie obawiać.

Sebastian miał czternaście lat i bujną fantazję, lecz niewielkie wyobrażenie o tym, co robić, kiedy w środku nocy kilka kroków od jego łóżka pojawia się wysoki starzec, który wygląda tak, że mógłby być zaginionym bratem Gandalfa i kuzynem profesora Dumbledore''a. Na wszelki wypadek chłopiec na razie cofnął się tak daleko, jak na to pozwalało oparcie łóżka, i podciągnął kolana pod brodę. Przybysz nie wyglądał co prawda na mordercę ani porywacza (prędzej na staruszka, który lubi pobawić się w kosi, kosi, łapci z małymi hobbitami), ale gdyby mordercy i porywacze mieli na czołach wymalowane znaki, na świecie nie byłoby tylu zabójstw i porwań.

— Kim... kim pan jest? — wyjąkał Sebastian i wściekł się na samego siebie, gdy tylko usłyszał własny głos.

Nie ma co ukrywać: słaby i drżący.

Powinien wstać, podejść do obcego, stanąć z nim twarzą w twarz, skrzyżować z nim wzrok (starzec oczywiście nie wytrzymałby ostrego jak sztylet spojrzenia Sebastiana) i powiedzieć: „Co robisz w moim pokoju, człowieku?! I radzę ci: lepiej szybko znajdź dobre wytłumaczenie, jeśli nie chcesz zbierać zębów z podłogi”.

Ostatnie słowa Sebastian wypowiedziałby z papierosem przyklejonym do ust, po czym dmuchnąłby dymem obcemu w twarz. Oczywiście ten natychmiast żałośnie by się rozkaszlał. Potem jednak Sebastian pomyślał, że grożenie pobiciem srebrnowłosemu staruszkowi może nie do końca byłoby godne prawdziwego twardziela. Prawdziwi twardziele nie znęcają się nad klonami Gandalfodumbledorów. Prawdziwy twardziel powinien zapytać: „W czym mogę ci pomóc, stary człowieku?”. Albo jeszcze lepiej: „Powiedz no, stary człowieku, w czym może ci pomóc Sebastian?”.

Mówienie o sobie w trzeciej osobie dodawało oczywiście całej wypowiedzi twardzielskiego sznytu, a wtrącone „no” znamionowało odpowiedni dystans do świata i ludzi, jakim powinien charakteryzować się prawdziwy madafaka.

— Przyszedłem ofiarować ci pomoc, Sebastianie — rzekł starzec.

Ujął w dwa palce tyranozaura stojącego na siedzeniu krzesła (O matko, jaki obciach! — wrzasnęło coś w Sebastianie), przyjrzał mu się ze zmarszczonymi brwiami, odłożył na blat biurka i usiadł na jego miejscu. Z wewnętrznej kieszeni wyciągnął długą ciemnozieloną fajkę z szerokim cybuchem, przypominającą poskręcany korzeń dziwnego orientalnego drzewa.

— Po-pomoc?

Gdy chłopiec ponownie usłyszał własny głos, pomyślał, że ludzie powinni być przygotowywani na odwiedziny srebrnowłosych starców w śnieżnobiałych szatach. Gdyby wiedział wczoraj wieczorem, że spotka go taka niespodzianka, opracowałby błyskotliwe odpowiedzi, zabawne zagajenia, inteligentne wtrącenia, kapitalne puenty oraz odpowiednio wyćwiczyłby mimikę, by osiągnąć takie efekty jak odważne skrzywienie ust czy brawurowe zmarszczenie brwi. A tak, jak to wyglądało teraz, mógł zaledwie jąkać się i w myślach kląć własną nieporadność (strasznie kląć!).

— Pomóc ci spełnić marzenia — wyjaśnił starzec z uśmiechem. — Pomóc ci stać się tym, kim zawsze pragnąłeś być: bohaterem, odważnie walczącym ze złem w imię dobra. Bohaterem zdobywającym miłość oraz szacunek ocalonego przez siebie ludu. Czyż nie o tym zawsze marzyłeś?

Starzec uniósł się z krzesła i ciężko, z wyraźnym trudem uklęknął na jedno kolano.

— Mój panie Sebastianie, czy zostaniesz naszym bohaterem? Czy spróbujesz pomóc w ratowaniu mojej krainy i mojego ludu?


Mrozie


Opublikowano:


Komentarze

Ostrzeżenie

Komentowanie jest zarezerwowane dla zarejestrowanych użytkowników. Zaloguj się poniżej lub zarejestruj - za darmo i w mniej niż 5 minut!

Zaloguj się

Nie zalecane na współdzielonych komputerach

Szybsze logowanie

Możesz również zalogować się poprzez jeden z poniższych serwisów.