Serce wojny - Terry Goodkind - recenzja

Miecz Prawdy Terry'ego Goodkinda to chyba najdłuższy cykl, z jakim miałam do czynienia w moim czytelniczym żywocie. Kiedy więc wpadło mi w ręce "Serce Wojny" - kolejny, ostatni już (już??) tom tej opowieści, pomyślałam, że już dawno trzeba było ubić tę cudowną kurę znoszącą od ponad 20 lat ogromne złote jaja. A potem przypomniałam sobie, że myślę tak przynajmniej od pięciu lat o każdym kolejnym ukazującym się na rynku tomie tego cyklu.

Piętnaście kilkuset stronicowych książek o ratowaniu świata w wykonaniu tego samego bohatera? Czy to serio może się sprzedać? To nieprawdopodobne, ale tak - pomimo upływu lat wciąż sprzedaje się świetnie (ponad 200 tysięcy egzemplarzy w samej Polsce), a w księgarniach grube tomy Miecza Prawdy zajmują całe półki odkąd tylko pamiętam. Przygodę z Poszukiwaczem Prawdy zaczęłam jakieś 15 lat temu, więc do każdego następnego tomu podchodzę z sentymentem. Niestety przy tej okazji pojawia się też doza niepewności co do tego, czy kontynuacja tak mocno wykorzystanego tematu nadal może być dobra i przekonać do siebie czytelników, którzy być może tak jak ja, zaczynali jako nastolatki. Być może w tym właśnie tkwi fenomen autora - Goodkind potrafi pisać takie właśnie kontynuacje.  Chociaż najnowszy tom zaczęłam z lekką niechęcią, przez pierwsze 100 stron brnęłam wolno i ciężko, potem nagle coś się zmieniło. W pewnym momencie wraca to, za co Goodkinda uwielbiają tłumy czytelników. Akcja rozpędza się do granic możliwości, a nieograniczona wyobraźnia pisarza zapętla wątki tak, że aż chciałoby się złapać go na jakiejś nieścisłości... niestety nigdy mi się to nie udało, a ilekroć wydaje się, że coś jest niespójne, już  na następnej stronie znajdziemy wyjaśnienie kwestii, która wydawała się błędem twórcy.

Terry Goodkind przez te wszystkie lata przyzwyczaił czytelników do wysokiego poziomu swoich książek. Jeśli ktoś oczekuje nowości w sposobie narracji czy konstrukcji bohaterów, rozczaruje się - nie ma w stylu Goodkinda niczego nowego. Ale, jak powszechnie wiadomo, lepsze jest wrogiem dobrego, więc zmiany w czymś, co się sprawdza i doskonale sprzedaje, są zupełnie zbędne. Zatem Richard nadal jest szlachetnym poszukiwaczem ukrytych tajemnic z przeszłości, choć już bardziej okrzepłym w roli, w jakiej postawił go los, a postać Kahlan irytuje jak zwykle. Jedyną techniczną zmianą, którą autor zastosował już trochę wcześniej i teraz konsekwentnie się jej trzyma, to skrócenie rozdziałów do maksymalnie kilkunastu stron. Ten sprytny zabieg świetnie dodaje fabule jeszcze więcej pędu.

Trzeba jednak jasno powiedzieć, że Serce Wojny to książka tylko dla wtajemniczonych. Czytelnik nie znający całości cyklu nie znajdzie tu nic dla siebie. Dziesiątki minionych wątków, postaci, dziwne nazwy i realia uniwersum to kompletny bełkot dla tych, którzy chcieliby np przetestować pisarstwo Goodkinda na jakimś z najnowszych tomów. Już samo przeczytanie opisu z okładki zakrawa o zawrót głowy.

Apropos okładki - nie da się obok niej przejść obojętnie, bo aż trzeba przystanąć i głośno pomstować na jej autora. Stare tomy cyklu kusiły fantastycznymi okładkami, które nawiązywały do tematu tomu, stanowiły ilustrację filaru danej części. Nowe wydania projektem obdarzył ktoś,  kto nie ma pojęcia o tematyce powieści, mało tego - prawdopodobnie nie ma nawet ogólnego pojęcia, czym jest fantasy. Na okładce mamy więc jakąś komputerowo obrobioną (i do tego słabo) panienkę z mieczem, która mogłaby być każdą, bądź żadną z bohaterek powieści. A w tle cokolwiek, totalnie bez związku z czymkolwiek. Niestety motyw panienki z tłem to ostatnio popularny trend w okładkach powieści fantastycznych, co jest co najmniej niepokojące.

Podsumowując - najnowszy tom Goodkinda przeznaczony jest tylko dla stałych czytelników. Żaden z tych, którzy chcieliby przeczytać Serce Wojny nie odnajdzie się w temacie bez pozostałych piętnastu tomów, a przynajmniej nie tak, jak warto by się w nim odnaleźć. I chociaż od kilku ostatnich tomów zawsze miałam nadzieję, że to już koniec, teraz, kiedy faktycznie cykl został zamknięty, zaczynam myśleć, że w sumie przeczytałoby się chociaż jeszcze jeden...


Profil redaktora Shane


Opublikowano: 23.02.2016 02:08