Wedle zasług - Sławomir Nieściur - recenzja przedpremierowa

Profil redaktora Murky


Opublikowano: 01.09.2016 13:17

Kiedy na okładce widnieje dwóch uzbrojonych twardzieli, a u ich stóp poniewiera się zmasakrowane truchło popromiennego kundla, staje się jasne, że raczej nie ma co liczyć na oryginalne podejście do tematu postapokalipsy. Sięgając po tę powieść nie tryskałem więc optymizmem, bo naprawdę mam już serdecznie dość czytania w kółko tej samej historii, ale postanowiłem dać jej szansę – kto wie, może debiutujący nią Sławomir Nieściur napisał choć przyzwoitego męskiego harlequina?

Fabuła książki toczy się w uniwersum wykreowanym na potrzeby „growego” cyklu S.T.A.L.K.E.R. Dwadzieścia lat po wybuchu w czarnobylskiej elektrowni atomowej dochodzi do kolejnej eksplozji, która niesie za sobą o wiele dramatyczniejsze skutki. Dość rzec, że okolica pokryła się licznymi anomaliami, między innymi spopielającymi nieuważnych podróżnych żarnikami, a wszelka fauna zamieniła się w zdeformowane, krwiożercze mutanty. Mimo licznych niebezpieczeństw Zona regularnie przyciąga do siebie żądnych przygód śmiałków. Kuszą ich między innymi obdarzone tajemniczymi właściwościami artefakty, które na czarnym rynku może sprzedać za całkiem pokaźne sumki.

Dwóch myśliwych, Jusupow i Rybin, przybywa do Zony w 2006 roku, a więc wtedy, gdy była ona jeszcze stosunkowo bezpiecznym miejscem. Mężczyźni podejmują się zlecenia ograniczenia pogłowia wilków. Czarnobylskie zwierzęta są co prawda znacznie groźniejsze niż ich zwyczajni kuzyni, ale ogromne doświadczenie mężczyzn sprawia, że misja przebiega bez większych kłopotów - do czasu. Nagle dochodzi do potężnego wyładowania energetycznego, które rozpętuje wokół prawdziwe piekło. Bohaterowie cudem uchodzą z życiem i szybko dochodzą do wniosku, że ich obecność poza bezpiecznym schronieniem nie była przypadkowa. Zleceniodawcy najwyraźniej chcieli się ich pozbyć.

Wedle zasług to jedna z tych książek, które z czystym sumieniem można jednak ocenić po okładce. Powieść nie zaskakuje niczym szczególnym i jest w zasadzie ciągiem kolejnych potyczek na kule i granaty. Nie marudziłbym pewnie zbyt długo (taka konwencja), gdyby nie fakt, że momentami fabule brakuje elementarnej logiki. Dlaczego zleceniodawcy mieliby zadać sobie tyle trudu, by wyeliminować bohaterów, skoro nie stanowią dla nich poważnego zagrożenia? Po co cały ten cyrk z wysyłaniem ich na misję, skoro znacznie szybciej i pewniej byłoby zwyczajnie odstrzelić im łby i zakopać w przydrożnym rowie (później nawet tego próbują)? Dlaczego pojawiający się w pewnym momencie wojskowi zachowują się jak idioci, którzy nie słyszeli o słowie „rozpoznanie”? Kto normalny ładuje się do Zony w supernowoczesnym sprzęcie (zwłaszcza tak felernym – zobaczycie sami), skoro wie, że Emisje bez trudu niszczą wszelką elektronikę? Dziesięć lat to wystarczająco wiele czasu, by zebrać odpowiednie dane i nie wysyłać ludzi w bój zgodnie z maksymą  „jakoś to będzie”. Podobnych kwiatków jest dużo więcej, ale i tak zdradziłem już chyba nieco zbyt wiele.

Pozostaje jeszcze kwestia kreacji bohaterów. Tworzenie wiarygodnych postaci zdecydowanie nie jest mocną stroną Nieściura – stalkerzy i wojacy są do siebie bliźniaczo podobni, brak im indywidualności, czegoś, co wyróżniałoby ich z tłumu. To bardzo istotne niedociągnięcie, bo utrudnia śledzenie fabuły. Do samego końca miałem problemy z różnieniem poszczególnych bohaterów. Ba, przed napisaniem tego tekstu musiałem zajrzeć do książki, by przypomnieć sobie imiona głównych bohaterów!

Na szczęście Wedle zasług ma również elementy, które zasługują na pochwałę. Dotyczy to zwłaszcza dialogów. Nie są może jakoś nad wyraz zachwycające, ale autor pamiętał o tym, by dostosować je do poszczególnych wydarzeń – kiedy jest nerwowo, ludzie klną i rzucają się sobie do gardeł, pod ostrzałem wymieniają jedynie krótkie komunikaty, zamiast przerzucać się przydługimi wynurzeniami lub – co gorsza – żarcikami. Niesmak wzbudza jedynie zamieszkująca zabitą dechami wioskę babuleńka, która posługuje się polszczyzną godną akademickiego wykładowcy. Ktoś mógłby rzec, że to przecież podstawy i nie ma o czym mówić – w zasadzie tak, ale ilu autorów dziś o nich pamięta?

Debiut Sławomira Nieściura trudno niestety zaliczyć do udanych. Mam wrażenie, że sporo w tym winy realiów, jakie sobie wybrał. Wydaje się, że militarna otoczka wyjątkowo mu nie leży, bo sceny walki prezentują się raczej blado, co widać zwłaszcza w nieistniejącej taktyce żołnierzy. Wedle zasług trudno polecić nawet tym, którym wystarczy prosta, pozbawiona udziwnień powieść akcji – rynek oferuje znacznie lepsze pozycje z tej kategorii. Choć tę konkretną książkę raczej odradzam, to samemu autorowi dam jeszcze jedną szansę. Miejmy nadzieję, że drugi tom cyklu wyjdzie mu nieco lepiej. Nowa twarz na scenie fantastyki to przecież zawsze miły widok!


Ori and the Blind Forest: Definitive Edition - kupuj bez DRM na GOG.com!