Breslau Forever - Andrzej Ziemiański - Fragment #2

– Możesz mnie z nim skontaktować? – spytał Sławek Mariolę.
– Ja wszystko mogę.
Wygooglała nazwisko pisarza i wszystkie jego namiary na laptopie.
– OK. Dzwonimy. – Wystukała numer. Odczekała chwilę. – Dzień dobry. Dzwonię z pisma „Fakty i Fotografie”. Czy moglibyśmy się umówić na wywiad dzisiaj?
– O Jezu... – Sławek usłyszał zapy głos.
– Chyba „Mario”, jeśli o mnie chodzi.
Rozmówca roześmiał się.
– Ludzie, czy wy wiecie, która jest godzina?
– Chyba wiemy. Po jedenastej – odparła niezrażona.
– No to jak możecie budzić ludzi o tak wczesnej porze?
– Wie pan... Jestem głupią blondynką z dużym biustem. Przepraszam, że pana obudziłam.
– Ależ nic nie szkodzi – natychmiast zmienił ton. –A ile ma pani wzrostu? Tak tylko z ciekawości pytam.
– Metr osiemdziesiąt dwa.
– A jest pani rosła? Taka „w sobie”?
– Niech pan sam sprawdzi. Jestem dużą dziewczynką.
– OK. No to jadę. Kiedy i gdzie?
– Dam panu godzinę na ablucje i dojazd. Spotkajmy się o dwunastej trzynaście, w restauracji „Żak” na Rynku.
– Wiem, gdzie to jest. Będę.
– Dziękuję. – Odłożyła słuchawkę. Sławek zaskoczony masował sobie skronie.
– Jezu, jak ty to zrobiłaś?
– Człowieku, jeśli się lubi jakiegoś pisarza, to się czyta wszystkie jego wywiady. On po prostu uwielbia duże, rosłe blondynki. Ja na szczęście spełniam wszystkie te warunki. – Popatrzyła na Staszewskiego z uśmiechem. –Będzie jadł mi z ręki.
– Jesteś genialna.
– Genialny to był Einstein. A ja mam po prostu odpowiednie ciało i odpowiednią wiedzę. Ty tylko siedź z boku i nagrywaj. Masz godzinę na przygotowanie dla mnie pytań.
Ziemski wszedł do knajpy idealnie o czasie. Profesjonalista – nigdy się nie spóźniał. Przywitał się z kelnerami, którzy najwyraźniej go dobrze znali. Wymienił jakieś żarciki z kelnerkami. Mariola machała gazetą „Fakty i Fotografie”. Przysiadł się błyskawicznie. Był obsłużony szybciej niż ona – kelner zapytał tylko: „To co zwykle?”. Dostał piwo i „wściekłego psa”. Spytała:
– Czy jest jakaś knajpa, w której pana nie znają? Odpowiedział:
– Z całą pewnością jakaś jest. Wrocław to cholernie duże miasto i takie... bardziej rozrywkowe. – Uśmiechnął się, rozbierając ją wzrokiem. Wiedziała, że go ma. Wiedziała z całą, absolutną, kobiecą pewnością. Była dokładnie w jego typie.
– Chciałabym porozmawiać o pańskiej książce „Breslau...” cośtam.
– Pani od razu do meritum.
– No bo pan patrzy wyłącznie na moje piersi. Roześmiał się i podniósł wzrok.
– Inteligentna pani jest.
– Z tego powodu, że widzę, gdzie się pan gapi? Zaczął się śmiać już całkiem szczerze.
– No, jestem pod wrażeniem.
Rozchyliła dekolt sukienki tak, żeby mógł zobaczyć prawie wszystko.
– Niech pan patrzy. Teraz lepiej?
– Widzę, że „Fakty i Fotografie” zatrudniają wyłącznie fachowców. Ale ponieważ widok jest piękny, to odpowiem pani na wszystkie pytania.
– I o to mi chodziło. – Poprawiła sukienkę, żeby nie miał zbyt przesadnej perspektywy. – Skąd wziął się pomysł na tę powieść. Mówię ciągle o „Breslau” cośtam.
– Proszę pani. Na każdym spotkaniu autorskim, kiedy mnie o to zapytają, mówię: „Wrrrrrrrrrrr”! Nie wiem, skąd autor czerpie pomysły. Nie wiem, naprawdę.
– No, ale skąd inspiracja do tego właśnie tematu? Zamyślił się.
– Na pewno z akt policyjnych. Kręciłem serial o policji przez parę lat.
– Wiem, wiem.
– Uuuuu... Naprawdę jest pani dobrze przygotowana. – Wrócił do tematu: – Z akt pani wiele nie wyczyta. Tam same pierdoły.
– Też wiem. Czytałam kilka.
– Naprawdę jestem pod wrażeniem. – Wypił „wściekłego psa” i zajął się piwem. Zapalił papierosa. – To był przypadek. Spotkałem Richarda Kugera, pewnego wojennego inwalidę, bez ręki i bez nogi. Żył sobie szczęśliwie w RFN, jak to się wtedy mówiło, z panienką, która o niego dbała. Miał nawet auto, które można obsłużyć, nie mając połowy kończyn. Żył sobie.
– Ale do rzeczy.
– No właśnie. Nie mogliśmy się porozumieć, bo ja po niemiecku to może dziesięć słów, a on po polsku ledwie, ledwie. Ale jego kobieta była Polką. Zabrana na roboty, lecz nie chciała wracać do
komunistycznego raju, więc przygarnęła inwalidę, bo miał wysoką rentę. Fajnie się im żyło, chyba się nawet pokochali.
– A wracając do meritum? – przerwała mu Mariola.
– No więc ona przetłumaczyła mi całą historię. Otóż Kuger i Grunwald.
– Może Grunewald? – przerwała mu znowu.
– Może – zgodził się. – Tak go nazwałem w powieści. Skąd pani wie?
– No przecież piszę wywiad o pana książce.
– No tak. – Zaciągnął się głęboko papierosem. – Opowiedział mi niesamowitą historię z przedwojennego Wrocławia, to znaczy z Breslau. Jacyś ludzie wybuchali, palili się, albo popełniali samobójstwa. Za każdym razem otaczali się kwiatami.
– I co?
– Właściwie nic. Grunewald został zabity, nie wiem przez kogo, w 1945. A Kuger był przesłuchiwany przez polską milicję. Nic do niego nie mieli, ale przesłuchiwali à propos właśnie tej sprawy, w której ludzie sami wybuchali. Mieli podobny problem. Kiedy już wszystko zeznał, wsadzili go do pociągu do Vaterlandu. Był zwykłym podoficerem policji kryminalnej. A my nie Ruscy, żeby im Katyń zrobić. Gwałty, zabójstwa, morderstwa, przekręty. Tylko tym się zajmował. Kripo nie było wpisane na listę organizacji zbrodniczych, więc nie wysłali Kugera na wycieczkę do ZSRR. Z innymi, jak oni to mówią: „wypędzonymi”, pojechał sobie do Niemiec.
– A ta dziwna sprawa?
– Bardzo mnie to interesowało. Ponieważ kręciłem dla telewizji program o policji, pozwolili mi na wgląd do akt. Tam niewiele jest. Nie dowiedziałem się niczego poza opisami zgonów.
– A co pana zainspirowało do napisania tej powieści?
Kelner, mimo że nie miał zamówienia, przyniósł Ziemskiemu zupę gulaszową i kolejnego „wściekłego psa”. Autor wypił „psa” natychmiast i zajął się zupą.
– Nie przeszkadza pani, że będę jadł podczas wywiadu? Nie zdążyłem wciągnąć śniadania. Jakąś okrutną porę wymyśliła pani na wywiad. Wolałbym drugą w nocy.
– Nie przeszkadza mi to w ogóle.
– No to powiem pani dziwną rzecz. – Szuflował łyżką gęstą zupę i mówił niewyraźnie. – Jakaś dziwna miłość. Przeczytałem pamiętnik Grunewalda. Oczywiście koledzy pomogli tłumaczyć, bo ja po niemiecku to może dziesięć słów znam, w porywach dwadzieścia. Nie nudzę pani?
– Nie, absolutnie. Już pan mówił o dziesięciu słowach po niemiecku.
– A tak. Istotnie. Powtarzam się. Te kwiaty i samobójstwa to była najmniej ważna rzecz. Podobno. Ja nie jestem policjantem, tylko pisarzem.
– A co było ważne?
– Nie wiem. Jednak każdy, jak pisał Grunewald... Każda z ofiar musiała przejść skomplikowany rytuał, który polegał na robieniu codziennie tych samych czynności, w ściśle określonej kolejności. To były jakieś pierdołki. Śniadanko, mycie twarzy mydłem, jazda do pracy. Takie tam drobiazgi. Naprawdę nie nudzę pani?
– Nie.
– Grunewald pisał o jakiejś świątyni. Jeśli ma pani dostęp do akt, to pani dotrze i do świątyni.
– Dotrę.
– Proszę się nie śmiać.
Mariola dotknęła jego ręki. Nawiązała kontakt fizyczny. Złapała go. Najwyraźniej chciał ją poderwać. Zaczął grać.
– Chodzi chyba o gimnazjum sióstr elżbietanek na placu Nankiera. Z naciskiem na „chyba”. – Uśmiechnął się sympatycznie.
– To dlaczego te dziwne zgony odbywały się w okolicy obecnej Hali Ludowej albo Wytwórni Filmów?
– Proszę pani, jestem pisarzem, a nie jasnowidzem. A poza tym zgony się „nie odbywają”.
Czuła się obsobaczona, kiedy zajął się zupą gulaszową, która wyraźnie mu smakowała. Skinął na kelnera, a ten, jakby czytając w jego myślach, przyniósł placek po węgiersku i następnego „wściekłego psa”. I znowu „psa” wypił natychmiast, życząc Marioli zdrowia. Plackiem zajął się później, po skończeniu zupy.
– Przepraszam, naprawdę jestem strasznie głodny.
– Ależ nic nie szkodzi. – Zamyśliła się na chwilę. – A jak pan określi koincydencję pomiędzy Halą i gimnazjum?
– Nie ma żadnej. – Zerknął na nią ciągle z zainteresowaniem. – Proszę sobie odpowiedzieć na konkretne pytanie. Co łączy Halę Ludową z Wytwórnią Filmów. Tam, gdzie miały miejsce te „wybuchy” różnych osób, samozapalenia i samobójstwa.
– Kwiaty?
– Nie. Jestem architektem z wykształcenia, więc patrzę na to zawodowym okiem.
– Jaka jest koincydencja?
– Obydwa budynki mają duże kopuły.
– O Matko Boska, to czemu nie wysadzali się choćby w katedrze?
Zamarł z kawałkiem placka na widelcu. Przełknął łyk piwa.
– O Matko Boska – zaczął ją przedrzeźniać. – Tam nie ma kopuły. – Przybrał wyraz twarzy świadka stojącego przed komisją sejmową. – A poza tym nie mam wiedzy na ten temat.
Rozbroił ją. Roześmiała się. Znowu dotknęła jego ręki, tym razem przepraszająco.
– Załatwił mnie pan – przyznała. – Ale przecież napisał pan powieść na „ten temat”.
– Proszę pani, jestem pisarzem fantastą. Nie wciskam kitu czytelnikom, więc wszystkie fakty mają oparcie w rzeczywistości. Jeśli czegoś nie wiem, to pytam mądrzejszych. Ale, do jasnej cholery, fikcja literacka poza faktami, to tylko fikcja. Fantastyka.
– Nie rozumiem.
– Fabuła to nie akta sądowe! Tam się trochę zmyśla. Mówię o aktach sądowych, oczywiście.
Zaczęła się śmiać, zakrywając usta dłońmi. Patrzyła, jak odsunął talerz z niedokończonym plackiem. Poprosił kelnera o rachunek. Zapłacił kartą kredytową i, podpisując wydruk, dodał jeszcze:
– Niech pani spyta kolegę przy stoliku tuż obok, czy nagranie się udało.
Spojrzała zaskoczona.
– Proszę?
– Chyba za długo kręciłem program o policji, żeby nie wiedzieć, co jest grane.

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 14.11.2008 23:59