Oko Jelenia. Drewniana Twierdza - Andrzej Pilipiuk - Recenzja

Po raz kolejny, trzeci już, wyruszyłem w podróż wraz z Markiem, Staszkiem i Helą. Jak widać, powracam szczęśliwie i gotów jestem przedstawić wszem i wobec odczucia z tejże wędrówki. A są one mieszane...

Największym plusem trzeciego tomu „Oka Jelenia” jest... wydanie. Wszystkie tomy tejże sagi stylizowane są na stare księgi. „Drewniana Twierdza” otrzymała kolor, którego ja, jako ignorant pod tym względem, nie jestem w stanie określić. Ciemnobrązowy? Ciemnoczerwony? Ale w sumie kogokolwiek to interesuje? Ważne, że ładnie wygląda. Pod względem wizualnym w moim rankingu tom numer trzy jest na pierwszym miejscu ze wszystkich dotychczas wydanych części (mogę to śmiało stwierdzić, gdyż miałem już w ręku także tom czwarty i póki co ostatni – „Pana Wilków”). Cóż, zapewne większość czytelników interesuje zawartość książki, a nie jej oprawa, tak więc przejdę do konkretów. Będą one dotyczyły fabuły tegoż tomu, dlatego lojalnie proszę osoby nie zaznajomione z historią o ominięcie następnego akapitu.

Marek odpłynął na pokładzie „Srebrnej Łani” do Bergen, gdzie dotarł w dość ciężkim (z rozłupaną czaszką...) stanie. Nanotech jednak bez większych problemów sobie z raną poradził i po niedługim czasie bohater zaczął realizować swój cel – poszukiwanie alchemika Sebastiana, który rzekomo przebywa w mieście. Tymczasem Hela ze Staszkiem są w drodze do Uppsali, gdzie dostanie się zleciła im Łasica. O nich jednak nic więcej powiedzieć nie mogę, gdyż prawie od razu po spotkaniu z nimi jesteśmy świadkami dramatycznych wydarzeń.

Jest w fabule sporo elementów, które z założenia miały wprowadzać czytelnika w osłupienie, wywoływać kwestie „O cholera...” itp., jednak w praktyce kompletnie nie robią wrażenia. Zdradzę tylko, że bohaterowie napotkają pewnych dość silnych przeciwników, którzy chcą przeszkodzić w ich misji. Nie mogę powiedzieć o nich nic więcej, ponieważ to właśnie oni we własnej osobie, a także ich środki mają wywołać szok. Racja, na mnie nie podziałały, ale w waszym przypadku może być kompletnie odwrotnie, gusta i wymagania są w końcu różne. Autor w każdym razie ma bardzo dobre pomysły, gorzej trochę z ich wykorzystaniem. Ogólnie tom ten czytało mi się jeszcze gorzej niż tom pierwszy, „Drogę do Nidaros”. Tam w kilku momentach śledziło się fabułę z zapartym tchem, choć przez lwią część czasu nie działo się nic ciekawego. Tutaj występuje podobna sytuacja, z tą różnicą, że elementy mające przykuć uwagę tego nie robią. Jest to dość dziwna sytuacja, gdyż styl pisania autora jest dość ciekawy. Czyta się szybko i przyjemnie, mimo iż niewiele się dzieje, tekst nie odrzuca.

Pilipiuk na szczęście opanował się trochę ze wciskaną wszystkim bohaterom erudycją. Teraz każdy zna się na tym, na czym powinien. W sadze tej, o czym zapomniałem we wcześniejszych recenzjach wspomnieć, można dostrzec niewątpliwy walor edukacyjny (dowiadujemy się np. co nieco o geograficznych aspektach Półwyspu Skandynawskiego). Jest to na pewno zaleta, jednak nie poprawia to wrażeń odnoszonych podczas czytania. A te, jak już wspomniałem, najlepsze nie są. Mimo dobrych pomysłów czegoś w książce Andrzeja Pilipiuka brakuje. Ciężko mi powiedzieć czego dokładnie, jednak wydaje mi się, że słabość książki tkwi w warsztacie autora, którego umiejętności nie wyrastają ponad przeciętność. To, czego najbardziej mu brakuje, to umiejętność przyciągnięcia czytelnika, sprawienia, że nawet gdyby nic się nie działo, ten oczekiwałby w napięciu przyszłych zdarzeń. Tego tu nie ma.

Po skończeniu drugiego tomu miałem nadzieję, że autor utrzyma formę i kolejne tomy będą co najmniej tak samo dobre. Niestety, tom trzeci jest póki co najsłabszy. Mówi się jednak, że czasem, by zrobić dwa kroki do przodu, trzeba zrobić jeden do tyłu. Oby autor dobrze wykorzystał swoje dość zwariowane pomysły w „Panie Wilków”, a może wyjść z tego naprawdę dobra książka.


Profil redaktora JayL


Opublikowano: 01.06.2009 21:59