Czerwona gorączka - Andrzej Pilipiuk - Fragment #1

Feliks Dzierżyński długo w milczeniu studiował raport: cztery wymięte kartki zapisane straszliwymi kulfonami półanalfabety, upstrzone kleksami. Podniósł ciężki wzrok na autora.
– Co to za stek pierdół?! – Trzasnął ze złością papierami o biurko.
– Tak jest... – wykrztusił jego podkomendny.
Szef WCzK wstał z fotela i jakby zapominając o obecności podwładnego, spacerował po gabinecie. Nagle odwrócił się i wbił w agenta ponure spojrzenie stalowobłękitnych oczu. Bezzębne wargi wykrzywił w parodii uśmiechu.
– Opowiedz własnymi słowami – polecił.
– Trupy znajdowane są od dwu tygodni. Za każdym razem takie same... No, znaczy się upitolona głowa.
Krwawy Feliks gestem nakazał mu milczenie.
– Dziesięć ciał – mówił powoli. – Za każdym razem ta sama przyczyna śmierci. Za każdym razem ginął bolszewik...
– No tak. I jeszcze tamci – powiedział agent.
– Jacy tamci? – Dzierżyński sięgnął po raport, ale koślawe litery były niemal zupełnie nieczytelne.
– We wszystkich siedmiu przypadkach nasi mieli obstawę.
Szef otarł pot z czoła, potem wyjął mauzera z kabury, podszedł kocim krokiem do swojego rozmówcy i boleśnie wbił mu lufę pod brodę.
– Coś ty powiedział, sukinsynu? Siedem przypadków, dziesięć ciał i jeszcze jacyś inni? Albo zaczniesz myśleć i te myśli zrozumiale formułować, albo ja się postaram, żebyś już nic nie myślał. – Trzasnął odciągany bezpiecznik.
Strach zmusił agenta do wspięcia się na nigdy wcześniej nieosiągnięte wyżyny intelektu.
– Ofiary to siedmiu bolszewików. Trzech etatowych członków partii, wszyscy wysokiego szczebla, i czterech agitatorów. Ponieważ nie poruszają się po mieście bez obstawy, zabójca wykończył też osiemnastu czerwonogwardzistów, którzy ich ochraniali. Trzem też obciął głowy.
A tej nocy, czego jeszcze nie zdążyłem opisać, wdarł się do mieszkania towarzysza Pietrowa. Zabił czterech ochroniarzy i też uciął... Aresztowaliśmy wszystkich mieszkańców kamienicy, ale nikt nic nie słyszał ani nie widział. Głowy towarzysza nie znaleźliśmy.
Feliks puścił agenta.
– A znaleźliście pozostałe?
– Niewykluczone.
– To znaczy?
– Wyłowiliśmy z Newy jedną, na śmietniku znaleźliśmy drugą. Ale tamte trupy już zakopane, więc nie wiemy, czy dałoby się dopasować. Obie miały ciekawą cechę wspólną: ktoś je rozpiłował i wyciągnął ze środka mózgi.
– Mózgów nie było?
– Nie.
Dzierżyński przespacerował się znowu. Trzy kroki, obrót na pięcie, trzy kroki... Minęło już sporo czasu, jednak nawyk z okresu, gdy siedział w ciasnej, pojedynczej celi, pozostał.
– Co mówi o tym ulica? Bo chyba ktoś to zauważył?
– Ludzie w mieście już o tym gadają. Mówią, że Kuba Rozpruwacz wrócił.
– Kuba Rozpruwacz grasował w Londynie, i to trzydzieści lat temu! – parsknął. – Skąd niby miałby wziąć się tutaj? Poza tym on wypruwał wnętrzności prostytutkom, a ten ucina głowy mężczyznom...
Wciąż chodził po gabinecie, skubiąc capią bródkę.
– Podstawcie mój samochód – zażądał nieoczekiwanie.
– Muszę osobiście obejrzeć miejsce ostatniej zbrodni.
Otępienie wywołane mrozem, głodem i snem powoli mijało. Doktor rozejrzał się po wnętrzu policyjnego furgonu. Aresztowano chyba wszystkich mieszkańców kamienicy. Kulili się przerażeni na drewnianych ławkach ustawionych pod brezentowymi ścianami budy. Dwaj konwojenci siedzieli na końcu z pistoletami w dłoniach. Silnik zakaszlał, ale zapalił, ciężarówką szarpnęło i pojazd ruszył po zasypanej śniegiem ulicy.
Gdyby tak rzucić się na strażników, myślał doktor. Zepchnąć ich na trotuar, gdy wszyscy aresztowani zaczną uciekać, może połowie uda się zbiec... Nie, nie uda się. Za ciężarówką jechał jeszcze drugi samochód z czekistami. Jak na złość, śnieg przestał prószyć. Żadnych szans. Trzeba było jednak bronić się tam, w mieszkaniu.
Paru by zastrzelił, może zdołałby się przedrzeć na zewnątrz. A tak zrobią rewizję, znajdą broń. Za to kara śmierci. Za to, że nie uratował tamtej mendy – drugi, identyczny wyrok. Zresztą dla tych pijanych krwią ścierw jest burżujem, elementem wrogiej klasy przeznaczonym na odstrzał. Znajdą na niego odpowiedni paragraf, nie ma obaw...
Skórzewski uspokoił się. No cóż, przeżył pięćdziesiąt cztery lata i widać wystarczy. Jechali do twierdzy. Normalnie więźniów przeprawiano łódką, lecz teraz – ku jego zdumieniu – ciężarówka wjechała na lód. W srogie zimy Newa czasem zamarzała, ale nie sądził, że pokrywa może być tak gruba, by utrzymać ciężki pojazd.
Brama twierdzy otworzyła się przed nimi ze zgrzytem.
Doktor ponaglany przez strażników zeskoczył na śnieg. Rozejrzał się z uwagą. Gruby ceglany mur, w nim – na całej długości – wybity przez kule rowek. Ze dwa arszyny nad ziemią, głęboki na kilka werszków, widać walą z karabinów w pierś... Poniżej zacieki i sople zamarzniętej krwi. Ile setek ludzi rozstrzelano już pod tą ścianą?
Nowo przybyli przekroczyli okute stalą drzwi. Skórzewski obojętnie przekazał swoje dane do ewidencji, poddał się rewizji i pokwitował spis skonfiskowanych drobiazgów. Sądził, że dostanie teraz pościel, kostkę mydła, więzienny uniform, blaszaną miskę i łyżkę, ale widać takie luksusy odeszły w niepamięć wraz z caratem.
Wepchnięto go do ciasnej celi. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Jeszcze poprzedniego wieczoru miał jakąś szansę. Teraz bezsilnie klął w myślach. Dlaczego nie uciekał, póki była okazja? Czego się przestraszył? Posterunków w zasypanych śniegiem ziemiankach? Przekroczyłby kordon wokół miasta na nartach, nikt by go nie zauważył. Kilkaset wiorst drogi? W Kanadzie sypiał już w jamach wygrzebanych w śniegu. A teraz... Koniec.
W bramie kamienicy stała warta. Na widok przełożonego zasalutowali służbiście. Dzierżyński zmierzył ich ponurym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. Sień została jasno oświetlona. Dowódca dłuższą chwilę kontemplował krwawy zaciek na ścianie.
– Co to jest? – zapytał wreszcie.
– Nie wiemy. – Strażnik uśmiechnął się głupkowato.
– Może zabili tu kogoś czy co...
– To się dowiedzcie! – Krwawy Feliks wbił mu boleśnie lufę mauzera pod żebro.
Wszedł na trzeszczące schody i po chwili był już na miejscu. Zimno lustrował kolejne pomieszczenia. Pierwszy wartownik zginął w przedpokoju. Widocznie zapukano, więc przyszedł zobaczyć, kto to, a zabójca strzelił do niego przez uchylające się drzwi... Nikt wewnątrz mieszkania nie usłyszał strzału? Może leżeli pijani?
Podłoga została, niestety, równo zadeptana, plamy i odciski butów układały się w niemożliwy do rozwikłania labirynt znaczonych krwią ścieżek. Widocznie hałas kogoś zaniepokoił, bo następny trup leżał na progu kuchni. Potem morderca wdarł się do salonu. Postrzelił ciężko ostatniego wartownika, a na koniec podkradł się do sofy i oderżnął głowę towarzyszowi Pietrowowi.
Dzierżyński pochylił się nad łóżkiem i odrzucił na bok zakrwawioną poduszkę. Pod nią ciągle jeszcze leżał mauzer zamordowanego.
– Trzech ludzi mu zastrzelono, a on się nawet nie obudził... – mruknął do siebie. – Ciekawe, gdzie jest głowa...
– W kuchni – zameldował pilnujący mieszkania czekista.
– I dopiero teraz mówisz?! – ryknął Dzierżyński.
Rzeczywiście, głowa towarzysza Pietrowa leżała na stole. Krwawy Feliks pochylił się nad nią, prawie dotykając nosem odpiłowanej pokrywy czaszki. Dotknął krawędzi cięcia, obejrzał przez lupę drobiny kości leżące na poplamionym obrusie. Mózg zabitego, pocięty na plastry, leżał w zlewie. Na dowódcy WCzK nie zrobiło to większego wrażenia. Pierwszego człowieka zabił, mając szesnaście lat. Od tamtej pory nieraz widywał roztrzaskane czerepy.
Sądząc po śladach, głowę rozpiłowano na środku stołu, a potem przesunięto na lewo.
– Chciał tu mieć kawałek wolnego miejsca... Po co? – zastanawiał się na głos.
Pochylił się nad blatem, badając jego powierzchnię. I wtedy to zobaczył. Pośród zeschniętych resztek jedzenia i fragmentów tkanki poniewierały się drobne kawałeczki cieniutkiego szkła. Gdzieś już widział coś takiego. Ach tak, w szkole, gdy na lekcjach przyrody nauczyciel pokazywał im mikroskop.
– Szkiełko nakrywkowe... – przypomniał sobie nazwę.
A zatem zabójca pokroił mózg w plastry, a potem siedział tu sobie spokojnie przez jakiś czas, przygotowując preparaty do badań mikroskopowych. Wreszcie spakował się i wyszedł. W tym czasie postrzelony czekista oprzytomniał na tyle, by podczołgać się do telefonu i zadzwonić na odwach.
Feliks rozejrzał się jeszcze po pomieszczeniu. Koło zlewu stała miseczka z ciemnobłękitną cieczą. Powąchał ostrożnie jej zawartość. Atrament, albo raczej, sądząc po kolorze, wodny roztwór atramentu.
– Pozbierać mi wszystko i zapakować – zażądał. –
Trzeba to będzie pokazać jakimś fachowcom. I mam dostać pełny spis przedmiotów znalezionych przy poprzednich ofiarach.
Drzwi zaskrzypiały.
– Za mną – warknął strażnik, stając na progu celi.
Skórzewski powlókł się noga za nogą. Ta część twierdzy wzniesiona została jeszcze w osiemnastym stuleciu.
Wykładane cegłą, nisko sklepione korytarze. Ciężkie, okute drzwi. Głuchy odgłos kroków, głośne, natarczywe dzwonki, wrzaski, skowyt torturowanych, przenikający nawet przez grube ściany. Zapach krwi, uryny, brudu, dziegciu. Piekło przesiąknięte wonią gotowanej kapusty.
Strażnik zapukał i otworzył drzwi pokoju przesłuchań. Kancelaryjne biurko, za nim mały człowieczek z sinym nosem, w grubych okularach. Skórzewski ponaglony gestem usiadł na zydlu. Śledczy spojrzał na niego wzrokiem całkowicie pozbawionym ludzkich uczuć.
– Imię, nazwisko, otczestwo, data i miejsce urodzenia – warknął. – Adres, wykształcenie, zawód, miejsce pracy...
Lekarz obojętnie odpowiadał na pytania. Śledczy pogrzebał w dokumentach.
– Wyjechaliście na front wiosną szesnastego roku – odczytał. – Dwa tygodnie temu przyjechaliście do miasta. Po co?
– Mieszkam tu. – Skórzewski wzruszył ramionami. – Wróciłem po prostu do domu.
Śledczy zanotował jego wypowiedź.
– Widziano was w bandzie korniłowców. – Obsadka zawisła nad dokumentami.
– Owszem, byłem lekarzem w szpitalu polowym generała Korniłowa. Po tym jak do spółki z niemieckimi junkrami rozbiliście jego oddziały i wymordowaliście wszystkich rannych z pociągu sanitarnego, przestałem być tam potrzebny.
– Zanotujmy zatem: współpraca z wrogami rewolucji.
– Leczyłem ludzi – powiedział więzień z naciskiem.
– By po powrocie do zdrowia nadal mogli do nas strzelać! Zanotujmy: leczenie kontrrewolucjonistów.
– Nie tylko. Wśród pacjentów byli także wasi żołnierze.
– Zdrajcy, którzy poddali się i poszli do niewoli. – Śledczy ze złością trzasnął o biurko teczką z aktami. – Czerwonogwardzista woli umrzeć, niż się poddać!
Skórzewski zmęczonym ruchem przetarł czoło.
– Nie dogadamy się – rzekł po polsku, bardziej do siebie niż do niego.
– Przedostaliście się nielegalnie do miasta.
– Legalnie się nie da. Na szczęście wasi ludzie pilnują tylko głównych dróg.
– Po co przyszliście do szpitala?
– Leczyć ludzi. Jestem lekarzem, nie mam pracy, więc poszedłem jej szukać. To chyba logiczne?
Przesłuchujący nie odpowiedział. W milczeniu przeglądał dokumenty.
– Czy przyznajecie się do winy? – zapytał wreszcie.
– A konkretnie jakiej?
– Nielegalne przekroczenie kordonu, współpraca z kontrą, nieudzielenie pomocy rannemu, nielegalne przechowywanie broni i złota.
– To już nie wolno mieć pieniędzy? – zdziwił się Skórzewski.
– Cały kruszec należało zdeponować w banku, a w zamian pobrać banknoty. Podpiszcie protokół. Egzekucja o świcie.
– A sąd?
– Sędzia, jak wytrzeźwieje, zatwierdzi wyrok.
Skórzewski przejrzał protokół i podpisał obojętnie we wskazanym miejscu.
Dzierżyński odwiesił skórzany płaszcz na kołek. Roztarł zziębnięte ręce i podniósł słuchawkę telefonu.
– Mamy pod kluczem jakiegoś lekarza? – zapytał.
– Tak jest! – zameldował dyżurny i umilkł.
– Jakiego, bałwanie? – syknął Dzierżyński.
– Doktor Możejko, ginekolog-położnik. Aresztowany za agitację kontrrewolucyjną, znaczy nasze obwieszczenia zdzierał...
– Jeszcze jakiś?
– Paweł Skórzewski. Polak. Zdaje się, od chorób wewnętrznych. Mieszkał w tej samej kamienicy co towarzysz Pietrow. Śledztwo w toku. A może już i skończone?
– Nie pasuje. Chirurga żadnego? Albo takiego od chorób głowy? Był jakiś Rosenstein.
– Wczoraj rozstrzelaliśmy.
Dzierżyński westchnął. Akurat by się przydał. No cóż, więzienie nie jest z gumy, śledztwo zakończone, to po co trzymać?
– Dawaj tu na górę tego Polaka. Albo nie. Najpierw akta, a jego za pół godziny.
Zmierzchało już, gdy strażnik wprowadził niskiego mężczyznę w tużurku. Doktor miał siwą bródkę, na jego nosie połyskiwały staromodne binokle.
– Doktorze – Dzierżyński od razu przeszedł na polski – ktoś grasuje po mieście, ucinając głowy komunistom.
Nie podoba nam się to bardzo i planujemy go dopaść. Ma w tym ucinaniu jakiś cel i sądzimy, że odgadnięcie, po co to robi, zbliży nas do szczęśliwego zakończenia poszukiwań. Potrzebujemy twojej pomocy.
Skórzewski spojrzał na niego obojętnie.
– Dlaczego miałbym wam pomagać? – zapytał.
Dowódca WCzK zatrzymał się w pół kroku.
– Hmm... No właśnie, dlaczego? – zadumał się głęboko.
– I tak cię rozstrzelamy... Dlaczego, dlaczego... – Uparta myśl tłukła mu się pod czaszką. – Dlaczego... Do diabła... Dlaczego?
Spojrzał spod oka na więźnia. W twarzy Skórzewskiego wyczytał to, czego się spodziewał. Niektórzy więźniowie tracili nadzieję i wszelką motywację. W ich psychice zachodziły zmiany takie, jakby jeszcze żyjąc, umierali.
Wiedzieli, że koniec jest nieuchronny, i pogodzeni z tym dziwnie obojętnieli. Przestawali się bać. Nic nie dawało się z nich wyciągnąć. Nie wierzyli w żadne obietnice, nie pomagało bicie ani tortury.
– Jak się dobrze przysłużysz, to pomyślimy nad złagodzeniem wyroku – rzucił na próbę.
Twarz więźnia nie zmieniła wyrazu. Nie uwierzył.
No cóż, to było do przewidzenia. Dzierżyński przeszedł jeszcze kilka kroków. Do czorta, jak zmusić tego milczka do współpracy? Co za bydlę uparte. Zaszantażować? Nie ma tu żadnej rodziny.
– Powiem ci, dlaczego nam pomożesz – syknął, odwracając się nagle. – Pomożesz nam, bo jesteś ciekaw. Bo zawsze pchała cię do przodu niezaspokojona żądza wiedzy. Czytałem twój życiorys, był w aktach szpitala. Kochasz tylko jedno: zawsze pakowałeś nos między drzwi, zawsze lazłeś jak ćma do świecy, w ogniska najgorszych zaraz. Im groźniejszych, tym bardziej podniecających ciekawość. Bo zawsze chciałeś być pierwszy. Zawsze chciałeś robić rzeczy, których nie odważyli się robić inni lekarze. I nawet do nas przyjechałeś zapewne dlatego, że w Petersburgu wybuchła epidemia syfilisu. Żeby robić swoje badania, dotarłeś tu, do miasta, z którego ucieka każdy, kto tylko może...
– I? – Ciekawe rzeczy gadał ten typek z wybitymi zębami.
Może rzeczywiście chęć uratowania mieszkania nie była jedynym powodem powrotu? – Co z tego wynika?
– Skórzewski spojrzał na Krwawego Feliksa z pewnym zainteresowaniem.
Było to pierwsze ludzkie uczucie, jakie pojawiło się na twarzy więźnia, ale Dzierżyński już wiedział, że wygrał. Zaciekawienie to nikły płomyczek. Teraz trzeba go rozdmuchać w ogień i umysł mężczyzny powinien obudzić się do życia.
– Pomożesz nam, bo to ucinanie głów ma jakiś wewnętrzny sens. Pomożesz nam, bo sam jesteś ciekaw, dlaczego ten człowiek to robi.
Doktor się zadumał. I w jego oczach zabłysło zimne szyderstwo.
– To robota dla policji... A, przepraszam, pewnie wszystkich carskich policjantów już spuściliście pod lód na Newie? Ale nie wymordowaliście chyba wszystkich psychiatrów?
Dzierżyński popatrzył na niego ciężkim wzrokiem,a potem podszedł do biurka i wysunął szufladę. Wyjął z niej obciągnięte skórą pudełko. Otworzył i podał więźniowi.
– Znaleźliśmy to w pobliżu miejsca jednej ze zbrodni – powiedział. – Zabójca musiał zgubić.
Doktor wyjął z pudełka szklaną płytkę i obejrzał pod światło. Dzierżyński czekał w milczeniu, bawiąc się bębenkiem rewolweru.
– To preparat z jakiejś tkanki – powiedział wreszcie lekarz. – A ściślej rzecz biorąc, były preparat. Wszystko zgniło...
– Durnie, zamiast powiadomić mnie natychmiast o znalezieniu dowodu, trzymali go w cieple, aż zaczął śmierdzieć. Dlaczego jest tego koloru?
– Czasem, gdy szuka się bakterii, warto zabarwić podejrzany wycinek atramentem. Niektóre bakcyle absorbują z roztworu więcej barwnika niż reszta.
– Bakterii? Czy to zrobił specjalista? Na przykład lekarz albo laborant?
– Nie sądzę. Fachowiec zabezpieczyłby to lepiej... Dyletant. Zdolny, ale dyletant – mruknął Skórzewski, oglądając szkiełko. – Poza tym barwienie atramentem zostało potępione przez Rosyjską Akademię Nauk.
– Cudzoziemiec?
– Niekoniecznie. Akademia napiętnowała, jednak sposób jest na tyle dobry, że po cichu prawie wszyscy go stosują.
– Będziemy współpracować?
– Tak.
Dzierżyński nacisnął dzwonek. W drzwiach pojawił się służbiście wyprężony czekista.
– Wygodna cela, świeża pościel, jedzenie, książki, jakich sobie tylko zażyczy – zakomenderowa Feliks. – Opróżnić kazamaty pod północnym bastionem, zrobicie tam laboratorium. Doktor powie, co będzie potrzebne do badań. Na skompletowanie wyposażenia macie czas do północy. Będziesz umiał zrobić obdukcję zwłok? – Popatrzył na więźnia ponurym, świdrującym wzrokiem.
– Tak – lekarz nie wahał się nawet przez chwilę.
– Odkopać trupy, dostarczyć znalezione łby – polecił Krwawy Feliks. – Te dzisiejsze też. A gdy wasz rozpruwacz uderzy znowu, weźmiecie doktora, niech dokładnie obejrzy ciało – Dzierżyński ponownie zwrócił się do podwładnego. – I kompletny raport!
Gestem odesłał obu do diabła. Stanął przy oknie i długo patrzył na pokrytą grubym lodem Newę. Miasto na jej brzegach było ciemne, tylko gdzieniegdzie w oknach domów słabo pełgały światła świeczek i łojówek.
Z daleka wiatr przyniósł odgłos palby karabinowej. Gdzieś tam w mrocznych zaułkach ukrywał się człowiek ucinający głowy komunistom... Krwawy Feliks wyszczerzył w straszliwym uśmiechu bezzębne dziąsła.
– Przyjdzie czas, że to jego zetniemy – mruknął.
Na jednym z dziedzińców zaterkotał karabin maszynowy. To strażnicy opróżniali kazamaty fortu. Ciężkie zimowe chmury znowu prószyły śniegiem. Na portierni zabrzęczał czerwony telefon. Lenin dzwonił dowiedzieć się o postępach śledztwa.

Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 09.07.2010 21:59