Assassin's Creed: Odyssey. Oficjalna powieść gry - Gordon Doherty - Recenzja

Profil redaktora Murky


Opublikowano: 15.05.2019 22:49

Wydane w zeszłym roku Assassin’s Creed Odyssey spotkało się ze świetnym przyjęciem ze strony recenzentów i okazało się jedną z najlepiej sprzedających się odsłon w historii marki. Nie bez kozery, bo gra jeszcze bardziej rozwinęła obecne w Origins rozwiązania, stając się w zasadzie pełnoprawnym RPG z drzewkiem umiejętności, wymienialnym ekwipunkiem, a co najważniejsze wyborami moralnymi, mającymi kluczowe znacznie dla zakończenia. Obecność tych ostatnich choć mile widziana, stanowiła pewnie nie lada zagwozdkę dla Gordona Doherty'ego, który podjął się napisania poświęconej grze powieści.

Jeśli nie graliście w Odyssey, a mimo to interesuje was ta książka, powinniście wiedzieć, że jej akcję osadzono w Grecji z czasów II Wojny Peloponeskiej – wielkiego konfliktu pomiędzy Atenami a Spartą, który miał miejsce w latach 431–404 p.n.e. W grze mogliśmy wybrać pomiędzy Aleksiosem a jego siostrą, Kasandrą, ale na potrzeby powieści za główną bohaterkę uznano tą ostatnią (Ubisoft otwarcie deklarował zresztą, że to właśnie ona powinna być uznawana za „kanoniczną”). Kasandra jest potomkinią słynnego Leonidasa i jako taka cieszy się szczególnymi względami pośród Spartan. Choć uprzywilejowany status pozwala dziewczynie szkolić się na wojowniczkę, nie chroni jej rodziny przed wszystkimi niebezpieczeństwami. W wyniku bezlitosnej przepowiedni jej maleńki braciszek, Aleksios, zostaje zrzucony ze skały, a próbująca go ratować Kasandra popełnia zbrodnię, za którą sama podziela jego los. Ostatecznie udaje się jej jednak uciec z życiem i dotrzeć do wybrzeży Kefalonii, na której spędza kilka lat. Uboga wysepka nie jest jednak w stanie zaspokoić ambicji młodej dziewczyny. Szczęśliwie szybko pojawia się okazja, by wyruszyć w wielki świat, a przy okazji doprowadzić do końca kilka spraw z przeszłości.

Weterani Odyssey, domyślają się już zapewne, że powieść jest niczym więcej, jak prostym przepisaniem fabuły komputerowego odpowiednika. Nigdy nie pojmę logiki stojącej za takim posunięciem, bo uważam, że książki opatrzone logami gier kupują głównie osoby, które odeszły od monitora i chciałyby poszerzyć swoją wiedzę o bohaterach czy świecie przedstawionym. Po diabła im czytać o wydarzeniach, które doskonale już znają? Książki z uniwersum Warcrafta (no, może poza Arthasem) udowadniają, że da się pokazać kawałki nieznanej bądź słabo nakreślonej historii i stosunkowo łatwo trafić do serc fanów. Ba, asasyni też zdawali się to powoli przyjmować do wiadomości, bo powiązana z Origins Pustynna Przysięga pozwala przecież poznać Bayeka z nieco innej strony. Rozumiem, że z uwagi na moment startu w tym wypadku nie dało się pokazać życia bohaterów sprzed wydarzeń z gry, ale nikt nie powiedział, że nie można kompletnie zmienić perspektywy i zdecydować się na coś nieco szalonego. Co z Barnabasem? Kto nie chciałby poczytać o jego życiu przed spotkaniem Kasandry? Co z Herodotem? Jest przecież jeszcze choćby Nikolaos, ojciec „bohaterskiego” rodzeństwa. Możliwości są naprawdę ogromne, ale niestety zdecydowano się pójść po linii najmniejszego oporu.

Mógłbym to pewnie jakoś przeboleć, bo osobiście grałem Aleksiosem, więc obserwowanie wydarzeń z perspektywy jego siostry oraz pomniejsze modyfikacje fabuły (pojedyncze sceny wyglądają nieco inaczej niż w grze) przy odrobinie szczęścia spędziłoby z mojej gęby kwaśny uśmieszek, gdyby chociaż zrobiono to wszystko porządnie. Odyssey to niestety typowa książka oparta na grze, więc z jej jakością literacką nie jest najlepiej, a przy braku nowych wątków do śledzenia, wszystkie braki warsztatowe walą po oczach ze zdwojoną siłą. Dialogi bywają przeraźliwie drewniane, bohaterowie wyrażają się w nienaturalny, niepasujący do sytuacji sposób, choćby racząc nas wielokrotnie złożonymi, pełnymi ozdobników wypowiedziami, podczas gdy sytuacja, w jakiej się znaleźli, aż prosi o zwięzłe, nerwowe wypowiedzi. Co gorsza autor ma tendencje do nadmiernego wyłuszczania czytelnikowi poszczególnych wydarzeń, przez co ma się wrażenie, ze traktuje odbiorców jak idiotów. Serio, nie ma sklerozy, pamiętam, komu Kasandra podprowadziła pewien klejnot (to było trzy strony temu na bogów!), a już z całą pewnością wie to ona. W czasie zwykłej rozmowy część komunikatu pozostawmy domysłowi rozmówcy, bo wynika on z kontekstu. Jeśli domownik kupi nam gazetę, nie mówimy przecież: „Czy mógłbyś podać mi dzisiejszą gazetę, tę którą przed chwilą kupiłeś dla mnie w kiosku za 1,99 zł?” i ograniczamy się do krótkiego: „Możesz podać mi gazetę?”. Nie widzę powodu, by w książkach podchodzić do tego inaczej. Nie jestem złotą rybką, pamiętam, co było przed chwilą.

Do tego dochodzą błędy logiczne. W grach część durnotek wybacza się ze względu na dobro gameplayu (nadmierny realizm byłby zwyczajnie upierdliwy), ale w powieści wygląda to beznadziejnie. W pewnym momencie Kasandra zabija strażnika, po czym przywdziewa jego hełm i beztrosko kroczy obok jego kompanów, a ci nie są w stanie jej rozpoznać. Ilu gwardzistów może bronić małej posiadłości? 15? 20? I naprawdę nie są w stanie się wzajemnie rozpoznać? Zwłaszcza, jeśli wielki umięśniony facet staje się nagle zgrabną kobietą odzianą w „cywilne” ciuchy? Czy ten hełm to czapka niewidka? Ktoś mógłby rzec, że to na pewno celowy wybieg i puszczenie oka w stronę graczy. Rzecz w tym, że w cyfrowym Odyssey nie ma mechaniki przebieranek, więc podobna wymówka nie ma żadnego sensu. To po prostu nieprzemyślana, niemądra scena. Na koniec zostawiłem sobie jeszcze pewną drobnostkę. Z jakiegoś powodu imiona książkowych bohaterów brzmią nieco inaczej niż w grze. Bez problemu można się domyśleć, o kim mowa, ale mała Febe nazywa się tutaj Fiobe, a Barnabas stał się Barnabą.

Choć naprawdę lubię Assassin’s Creed i zaliczyłem absolutnie każdą grę z serii (z wyjątkiem platformówkowych popierdółek z cyklu Chronicles), to z przykrością muszę zniechęcić was do zakupu tej powieści. Jak już pisałem, skoro czytacie tę recenzję, można w miarę śmiało założyć, że zaliczyliście już grę albo macie zamiar zrobić to w przyszłości, a w takim przypadku nie znajdziecie tu nic nowego. Co gorsza czysto literacka jakość jest zwyczajnie słaba. Pewnie, nie jest to może poziom Drogi Szamana, ale sporo brakuje nawet do Warcraftowych dzieł Christie Golden, a powiedzmy sobie szczerze, że pod tym względem nie są one przecież wyznacznikiem jakości.