Płomień i krzyż, tom I - Jacek Piekara - Recenzja

Mordimer Madderdin. Kto z miłośników polskiej fantastyki nigdy, choćby pobieżnie, o nim nie słyszał? Chyba nikt. "Młot na czarownicę", "Miecz w rękach Aniołów" - to tylka dwa spośród wielu mian, pod jakimi znany jest inkwizytor Świętego Oficjum, człowiek gorliwy, bogobojny i niesamowicie dociekliwy. To wiemy wszyscy. Ale czy kiedykolwiek, ktokolwiek zastanawiał się, skąd wzięła się ta postać? Po kim odziedziczył nadnaturalne moce, kto był jego mentorem? Z pewnością, zwłaszcza, że Mordimer nigdy nie był sentymentalny. Cóż więc zrobił Piekara, byśmy mogli odnaleźć odpowiedzi na nurtujące nas pytania? Otóż zamiast wydawać powieść o kolejnych krwawych poczynaniach Sługi Bożego, postanowił wypuścić cztery opowiadania, przybliżające czytelnikowi etap dzieciństwa głównego bohatera kolejnych tomów opowiadań. Wilk jest więc syty i owca cała.

Koniecznie trzeba jednak nadmienić, że historia Mordimera jako nastoletniego chłopca, jest opisana z perspektywy najbliższych mu osób. Śmiało można powiedzieć, że postać późniejszego inkwizytora została w "Płomieniu i krzyżu" wyraźnie zmarginalizowana. Można by wręcz rzec, że Mordimer jest tutaj postacią epizodyczną, niezbyt ważną dla wątku fabularnego; wszystko przez to, że Piekara jak zwykle nie gra odkrytymi kartami, a umiejętnie potęguje napięcie, powoli i ostrożnie przedstawiając nam tajemnicę dziecka "wynalezionego" przez Arnolda Löwefella.

No właśnie, Löwefell. Kim jest ta tajemnicza persona? Inkwizytorem, jak łatwo zgadnąć, zresztą z natury bardzo podobnym do naszego Mordimera. To właśnie on odkrył jego nadzwyczajne umiejętności i w pewnym stopniu sprawił, że Madderdin stał się tym, kim jest... jak się jednak okazuje, nawet Löwefell skrywa mroczne tajemnice, które od pewnego momentu intrygują nawet bardziej, niż historia samego Mordimera! Muszę przyznać, że jest to jedna z najbarwniejszych kreacji, z jakimi miałem do czynienia podczas moich ostatnich przygód z literaturą!

Oczywiście, inkwizytorzy Świętego Oficjum to nie jedyni bohaterowie "Płomienia i Krzyża", na których warto zwrócić uwagę. Nie można nie wspomnieć choćby o pięknej szlachciance Katarzynie, matce Mordimera, a przy tym adeptce mrocznych sztuk magicznych, co skończyło się dosyć opłakanym skutkiem... Fanów twórczości Piekary z pewnością ucieszy fakt, że w książce spotkamy również starych znajomych, takich jak wspinający się po zawodowej drabince biskup Gersard, czy jak zwykle tajemniczy inkwizytor, Marius von Bohenwald. Mało? Zapewne wielu czytelników pamięta opowieści o bitwie pod Schengen, tak często wspominanej w wydanych wcześniej tomach historii Mordimera. Tym razem, przyjdzie nam poznać ją tak dokładnie jak tylko można, bo z perspektywy jej uczestników! Więcej szczegółów już nie zdradzę, by nie odbierać nikomu przyjemności delektowania się prozą Piekary.

Choć każda z czterech opowieści dotyczy w jakiś sposób osoby Mordimera, to jednak są to historie nieszablonowe, dzięki czemu czyta się je lekko i przyjemnie. Bardzo cieszy fakt, że książka nie straciła nic ze swojego mrocznego, niekiedy trochę groteskowego klimatu - co jak co, ale oprawianie ludzi przychodzi mieszkańcom uniwersum Piekary z równą łatwością, co w poprzednich częściach inkwizytorskiej sagi. Bardzo plastyczne opisy kaźni połączone z jak zwykle świetnymi rycinami Fabryki Słów budują niesamowitą atmosferę! Warto tutaj również wspomnieć o niespotykanych w poprzednich tomach opowiadań przypisach, i to całkiem niezłej objętości. Rzucają one sporo światła na różne aspekty uniwersum Piekary, takie jak np. zwyczaje zamieszkującej go ludności. Zabieg ten z pewnością pochwalą sobie czytelnicy, którzy dopiero zaczynają swoja przygodą z opowiadaniami o Mordimerze, jednak i starym wyjadaczom powinien się spodobać. Mam nadzieję, że przypisy nie były jedynie jednorazowym "wybrykiem" i pojawią się w kolejnych tomach opowieści.

Od strony technicznej także nie bardzo jest się do czego przyczepić. W trakcie lektury nie spotkałem się z literówkami, zaś wcześniej wspomniane ilustracje są naprawdę świetne. No i nie można zapomnieć o stylizacji kartek na wzór bardzo starego papieru, która również bardzo poprawia walory estetyczne książki. Fabryka Słów tym wydaniem bardzo wysoko zawiesiła sobie poprzeczkę i miejmy nadzieję, że kolejne wydania będą co najmniej tak samo dobre jak pierwszy "Płomienia i Krzyża".

Nigdy nie lubiłem "prequeli", bez względu na to, czy chodziło o literaturę, czy o inną gałąź sztuki. Termin "prequel" zawsze kojarzył mi się z z usilnym naciąganiem opowieści i chronologicznym łataniem wydarzeń, zresztą, z reguły, dosyć nieudolnym. Przyznam, że także i do "Płomienia i Krzyża" podchodziłem dosyć sceptycznie. Po kilku godzinach z książką Piekary w ręki okazało się jednak, że był to błąd, a nawet wielbłąd! Cztery świetne opowiadania, wspaniała kreacja Arnolda Löwefella i ten specyficzny klimat książek o Mordimerze - tego nie da się opisać, po prostu trzeba dostać tą książkę i zagłębić się w wir mrocznych tajemnic Świętego Oficjum! Zaręczam, że oderwanie się przed ostatnimi stronicami może być zadaniem iście karkołomnym. A później... później pozostaje czekać no kolejny tom autorstwa Piekary, co może okazać się torturą niemniej bolesną, co te zadawane w Amszilas.


Profil redaktora Mrozie


Opublikowano: 21.09.2008 23:59