World of Warcraft: Przebudzenie cieni - Madeleine Roux - Recenzja

Tak to już w Azeroth bywa, że kiedy tylko bohaterowie zdołają ugasić jeden pożar, gdzieś indziej natychmiast wybucha kolejny, kto wie, czy nie jeszcze gorszy. Choć pod tą zasadą z powodzeniem mogłaby się podpisać spora część z nas, Thrall i kumple mają tę przewagę, że ich problemom daleko do banalności. Żaden z nich nie dotyczy przecież podatków, nieopłaconych rachunków czy ciągnących się latami kolejek do specjalisty. Biorąc to wszystko pod uwagę, tylko ktoś, kto urodził się wczoraj, mógłby oczekiwać, że po pokonaniu N’Zotha herosi odwiesili wreszcie broń na kołki i przeszli na zasłużoną emeryturę. Za rogiem wszakże kolejny dodatek do WoW-a, a zatem najwyższy czas na zwyczajowy książkowy prolog.

Jak wiemy z komputerowych ekranów, Czwarta Wojna zakończyła się kolejnym kruchym porozumieniem między Hordą a Przymierzem (to ci siurpryza!), ale pomimo skopania mackowatej rzyci Przedwiecznego Boga, wiele wątków wciąż pozostało niedomkniętych. Najważniejszym z nich jest oczywiście los Sylvanas, która po zdradzieckim zamordowaniu Varoka Saurfanga (vel Zaurzykła) porzuciła szeregi Hordy, całą uwagę poświęcając swemu zagadkowemu planowi. Królowa Banshee nie jest zresztą jedynym problemem świata, bo napuchnięte w wyniku ostatnich wydarzeń szeregi „czerwonych” i „niebieskich” zmagają się z przybierającą na sile falą problemów wewnętrznych. Pierwsi z trudem starają się wprowadzić w życie plan zarządzania za pośrednictwem Rady, zamiast tradycyjnego wodza wojennego, w czym skutecznie przeszkadza im wiecznie niezadowolona przywódczyni trolli Zandalari, Talanji. Poplecznicy Anduina z coraz większym niepokojem spoglądają z kolei w kierunku Allerii, która pod wpływem pozyskanej niedawno mocy Pustki zaczyna dopuszczać się coraz bardziej wątpliwych moralnie czynów.

Wbrew temu, czego można by oczekiwać po powyższym opisie, Przebudzenie Cieni nie obfituje niestety w naprawdę istotne dla uniwersum wydarzenia.  Owszem, sporo tu smaczków, które nabiorą zapewne nieco więcej sensu po sesji z Shadowlands, ale pozbawiona tego kontekstu książka budzi dość letnie emocje. Przerzucając kolejne strony, nie przysypiałem może z nudów, ale mimo silnego sentymentu do świata Warcrafta nie czułem też palącej potrzeby, by jak najszybciej dowiedzieć się, dokąd to wszystko zmierza. Niewykluczone, że ów niedosyt wynika z faktu, że do lektury zabrałem się niedługo po skończeniu ostatniego tomu rewelacyjnych Wielkich Płaszczy de Castella, ale fakt pozostaje faktem.

 

Niedobór wrażeń sprawił, że znacznie bardziej niż zwykle w oczy rzucała mi się typowa dla „growych” książek nieporadność: niezbyt wiarygodne dialogi, ledwie zarysowane charaktery czy chaotyczne (w tym złym sensie) sceny bitewne. Aspekty te nie uległy poprawie, mimo że miejsce Christie Golden zajęła tym razem Madeleine Roux. Prawdę rzekłszy styl obu pań jest na tyle zbliżony, że gdyby nie łypiące na mnie z okładki nazwisko, najpewniej nigdy nie zorientowałbym się, że w ogóle dokonano jakiejkolwiek roszady. Zastanawiam się tylko, czy dość niemrawe tempo Przebudzenia Cieni należy przypisać autorce, czy raczej specom z Blizzarda, którzy pilnując większego obrazka, narzucili jej zbyt ciasne ramy. Instynkt podpowiada mi, że bliższa prawdy jest ta druga teoria.

Mimo wszystko nie chcę, byście odnieśli wrażenie, że Przebudzenie Cieni jest klapą na miarę nieszczęsnego Malfuriona. Nie żałuję poświęconego książce czasu, lecz prawdę rzekłszy liczyłem na nieco więcej cennych informacji o świecie gry. To, co zaserwowała Madeleine Roux, nie jest może zupełnie bezwartościowe, ale raczej nie spędzi nikomu snu z powiek i posłuży co najwyżej jako skromniutki aperitif przed premierą Shadowlands. No, ale jest tu przynajmniej Bwonsamdi(lub też Bansamdi, jeśli wolicie wersję zlokalizowaną), a to zawsze spory plus. Kto powiedział, że bożek śmierci zawsze musi być ponurym nudziarzem?


Profil redaktora Murky


Opublikowano: 29.09.2020 17:14